Trup w szafie, czyli jak 6 facetów zarabia na życie  

Posted by Inblanco in

(Fot. Michal Grocholski / AG)


Popołudnie zaczęło się dosyć osobliwie (czytaj: w stylu Monty Pythona)

Stałam na przystanku i czekałam na autobus, gdy podeszła do mnie starsza pani. Zapytała o godzinę, dodając, że pewnie jest za pięć czwarta, a ona ma dentystę na czwartą, nie chce się spóźnić, a że zapomniała zegarka, więc czy mogłabym... W tym czasie, gdy pani rozwijała swą wypowiedź w coraz bardziej zadziwiającym kierunku, ja zdążyłam z wysiłkiem wymotać przegub ręki z czasomierzem ze ściągacza w kurtce (niby zwykła rzecz, a ściągacz mam jak na wyprawę na biegun: nic a nic nie przepuszcza;) by potwierdzić przypuszczenie kobiety: tak, jest za pięć czwarta. Wtedy też podniosłam głowę i spojrzałam na swoją rozmówczynię. Pani uśmiechała się od ucha do ucha błyskając porażająco dawno nie widzianym (zresztą ostatnio to tylko w filmach, u Kusturicy chyba?) złotym uzębieniem. Trzy złote zęby w górnej szczęce, cztery lub pięć w dolnej. I idzie do dentysty. Dalej inwestować czy już spieniężać lokatę ? - podszepnął złośliwy duch wielbicielki grupy Gilliama.

Gdy wysiadłam z autobusu, pomna ostrzeżeń mamy (Córciu, na tych światłach trzeba stać bardzo długo, one nie są zepsute, one tak mają) grzecznie czekałam na zielone. Obok mnie dreptał nerwowo mężczyzna w czerni. Kilkakrotnie i z energią naciskał magiczny guzik przy światłach, spacerował nerwowo, w końcu zrozumiawszy, że nie wygra z tym nieludzkim wynalazkiem, założył ręce do tyłu i zaczął się kiwać w przód i w tył, w przód i w tył. A razem z nim kiwała się uroczo jego saszetka, nota bene również czarna. Scenka była obiecująca, aż nagle ... Przecież pan w kapeluszu (czarnym) posiadał znajomą aparycję. Policzki mocno pyzate, pokryte bladością nie przymierzając jakby wieszcza, bystre i żywe spojrzenie nieco tarczycowych oczu... toż to Krajewski! Marek Krajewski we własnej osobie. Razem ze mną na światłach! Czujecie już ten oddech wielkiego świata, jak i ja czułam? Gorączkową gonitwę myśli (rzucić się na niego z piskiem fanki a'la Britney, udawać wyniosłą czy uderzyć frontalnie: Pan Krajewski?) przerwały mi światła, które zmieniły się z czerwonych na zielone i zmieniły też mój los. Bo mogło być tak pięknie...

W bibliotece pojawiłam się pół godziny wcześniej, bynajmniej nie jako pierwsza. Było kilka starszych dam oraz młoda para, jak się okazało później, nie będąca w związku. Z jedną ze starszym dam zdążyłam się zaprzyjaźnić, tym bardziej, że zapytała mnie o przedmiot moich domniemanych studiów. A że dawno temu skończyłam naukę, to bardzo mnie ucieszyło pytanie, sugerujące primo mój młodzieńczy wygląd, secundo wadę wzroku damy. Nie będę tej kwestii rozstrzygać, wolę pławić się w wersji dla mnie korzystniejszej.

Gdy sala była już pełna ludzi, wkroczyli bohaterowie wieczoru: Marek Krajewski (ciekawe, czy po incydencie przy światłach mogę go już traktować jak starego znajomego?), Paweł Jaszczuk, Krzysztof Maćkowski, Tomasz Konatkowski oraz Marcin Wroński. Największą posturą oraz zdecydowanie jednym z najlepszych męskich głosów, w które dane było mi się wsłuchiwać, dysponował prowadzący to spotkanie Irek Grin. Facet ma niesamowity głos: głęboki, czysty i przykuwający uwagę.
Dobrym głosem, acz w innym rozumieniu niż ten grinowski, pochwalić się może Krajewski. To sztukmistrz, wodzirej, gawędziarz-sybaryta. Nie da się też ukryć, że był najciekawszym interlokutorem spośród zgromadzonych literatów.
Może niesłusznie w cieniu pozostawał Konatkowski, bo dyskusja skupiała się na retro kryminałach, a jakąż że "Przystanek śmierć" czy też "Wilcza wyspa" jest powieścią retro? Mimo to, gdy wywołany do odpowiedzi dzielił się swoimi spostrzeżeniami, to mówił ciekawie, z poczuciem humoru i z ogromnym dystansem do siebie. Brawo!
Każdy z panów prezentował inny typ osobowości. Był nieśmiały Maćkowiak, czasami płoniący się jak panna na wydaniu, był Wroński, który zadaje się wierzyć w reinkarnację i przyjmuje pozy przedwojennego inteligenta. Był też Jaszczuk, człowiek zagadka, którego trudno mi opisać. Taki zwyczajny niezwyczajny.
Grin? Nic nie napiszę, bo tym razem to ja się płonię ;)))

Dowiedziałam się, że Krajewski przechodzi od nowego roku do Znaku, tam ma podpisany kontrakt na 3 powieści. Pierwsza z nich ukaże na wionę 2009 r. Nie będzie to kolejna część z cyklu Breslau, ale co dokładnie, to autor nie zdradził. Jaszczuk, nagrodzony Wielkim Kalibrem za Forestę Umbra, właśnie skończył kontynuację tytułu. Podobnie jak Maćkowiak. Wroński także nie zamierza się żegnać z postacią swojego komisarza a Konatkowski nie sprecyzował swoich planów literackich.

Panowie dzielili się anegdotkami i często pojawiało się sformułowanie: internauta. Ów Tajemniczy Internauta wytykał błędy historyczne i topograficzne każdemu ze zgromadzonych w sali panów, co ich nieco deprymowało i skłaniało do bardziej drobiazgowych przygotowań powieści od strony dokumentacyjnej

Spotkanie trwało prawie 2 godziny. Podpisy na książkach złożyli mi panowie Ka: Krajewski i Konatkowski. Było zabawnie, ciekawie i szkoda, że tak krótko. Zdjęcia pstrykałam, ale oświetlenie było do bani i wyszły mi czarne placki. Fotka tu umieszczona pochodzi z portalu gazety.

Długie coś to "sprawozdanie" a nie podzieliłam się jeszcze z Wami genialną anegdotą opowiedziana przez Krajewskiego. Obiecuję, że po tym będzie już koniec.

Do autora "Dżumy w Breslau" napisał pewien mężczyzna: "W swojej książce o Mocku, na stronie 142 opisuje pan 10-letniego syna dyrektora Biblioteki Głównej. Tym chłopcem jestem ja." Krajewski zdębiał, bo była to kreacja stricte literacka, nie mająca, jak sądził, powiązania z rzeczywistością. Był w błędzie:) Spotkał się ze starszym panem, teraz przeszło 90-letnim, zjedli wspólny obiad i pogawędzili o przeszłości. Miłe, prawda?

No i koniec. Ufff...

This entry was posted on 20.11.08 at czwartek, listopada 20, 2008 and is filed under . You can follow any responses to this entry through the comments feed .

7 komentarze

Zazdroszczę;)

20 listopada 2008 20:32
mary  

wow...

20 listopada 2008 20:58

Świetnie to opisałaś:)

20 listopada 2008 23:26

Super opisujesz swoje wrażenia :)

21 listopada 2008 08:04

Inblanco powinni Cię zatrudnić w gazecie do pisania takich pięknych reportaży :) Cudeńko! A skoro już tu jestem to polecam Twej Szanownej uwadze mój wpis na blogu, na którym składam Ci propozycję nie do odrzucenia ;) Ale jeśli odmówisz nie wyślę Ci końskiego łba ;)

21 listopada 2008 10:17

Fantastyczna opowiesc! Poza Krajewskim zadnego z panow nie kojarze, ale ciesze sie, ze tak przyjemnie spedzilas popoludnie. A historia z tym starszym panem opisywanym przez Krajewskiego - niesamowita!
Zosik ma racje - powinnas zostac reporterka! Z Twoim szczesciem w dodatku, do spotykania pisarzy na swiatlach :)

21 listopada 2008 15:57

Się czerwienię ;))) Dziękuję ślicznie, dziewczyny.

Zosik - jak najbardziej podejmę się zadania :) I zaraz Cię o tym powiadomię, na Twoim blogu. Idę wiec do Ciebie.

Chihiro - Krajewski to pierwszy literat, którego zdybałam w całkowicie pozaliterackiej rzeczywistości. Pewnie dlatego zrobił na mnie wrażenie... ;)
Bo tak naprawdę to ja nawet nie przepadam za jego cyklem o Mocku (mówię to po przeczytaniu tylko jednej części i to nie do końca). Na spotkaniu kupiłam "Festung Breslau" i początek jest obiecujący.
Kto wie... może to spotkanie jednak mnie odmieniło ;)

21 listopada 2008 17:39

Prześlij komentarz