Nim dostałam w ręce tę książkę, wyobraźnia była już od dłuższego czasu pobudzana zachwytami na forum kryminały i sensacje. Arnaldur Idridason rósł i rósł w moich oczach - niczym balonik lub piłka plażowa ;) Proces nadymania się autora na szczęście został zatrzymany przez przezorne wydawnictwo, które zdecydowało się ulżyć w mych cierpieniach poprzez prosty fakt wypuszczenia na rynek pierwszej części opowieści o inspektorze Erlendurze Sveinssonie.
Dawno mi się to nie zdarzyło, żebym od razu, w dniu premiery (ha! w przeddzień postanowiłam zadzwonić do księgarni i zapytać czy przypadkiem nie mają jej już w sprzedaży. Młody człowiek, o cokolwiek sennym głosie (to już powinno mi dać do myślenia, ale rozbestwiony konsumpcjonizm już szalał - nie do zatrzymania, jak tornado!) orzekł po wykonaniu kilku kliknięć w klawiaturę, że mają na stanie ten tytuł. Popędziłam, rozejrzałam się po sklepie i jak zbłąkana owieczka zapytałam sprzedawczynię o książkę. Okazało się , że owszem mają "W bagnie" ale w transporcie. Do sklepu trafi pod sam wieczór! Na drugi dzień rano pies był bardzo zdziwiony wczesną porą drugiego spaceru i kierunkiem tegoż.
Kupiłam i w ten sam dzień przeczytałam.
I jak to bywa z tak nadętymi oczekiwaniami okazały się cokolwiek na wyrost. To z pewnością nie jest islandzka wersja Mankella. Idridason ma zupełnie inny styl tworzenia: suche, krótkie zdania. Brak postaci, których los mógłby nas zainteresować i poruszyć. Główny bohater pozostał dla mnie obcy, nawet gdy zamykałam książkę a przecież towarzyszyłam mu przez 300 stron! Problemy inspektora są, jakby tu rzec, standardowe: rozwodnik, dwoje dzieci z którymi w zasadzie nie ma kontaktu, samotnie zajadający w domu kolacje, którą kupił gdzieś na mieście. Zimno, mokro, ponuro. I w przyrodzie i w duszy.
Akcja zaczyna się od znalezienia zwłok Holberga, starszego mężczyzny, który zmarł w wyniku urazu głowy. Na zwłokach zabójca położył kartkę z dziwnym zdaniem, które autor zdradza dopiero po jakimś czasie. I ten chwyt mi się nawet podobał, bo strasznie byłam ciekawa, co też tam jest nabazgrane? Dlaczego tak to przykuło uwagę inspektora?
Śledztwo prowadzi do nieprzyjemnych dla denata wniosków: był szują i było kilka osób, które mogły chcieć jego śmierci. Ludzie, których los powiązał z Holbergiem zazwyczaj źle na tym wychodzili. Czytelnicy dowiadują się o tych nieszczęśnikach coraz więcej i coraz bardziej kibicują zabójcy Holberga...
Niby wszystko w tej powieści jest na swoim miejscu. Niby jest logicznie poprowadzona intryga, teoretycznie ciekawa fabuła, ale ciąży mi brak bohatera, którego bym polubiła. Erlendur jest... nijaki, nawet z swoimi problemami z córką narkomanką. Nudny i nieciekawy. Taka jakaś zimna ryba.
Islandia jest wyraźniejsza w książce Idridason niż u Yrsy Siguardottir. Ja przynajmniej tak to odbieram. Jednak obraz, który teraz mi się maluje w wyobraźni, raczej mnie odstręcza od tego miejsca. Może to jednak wina filmu?
Bo po przeczytaniu książki obejrzałam film, nakręcony na podstawie tego utworu Idridasona. "Bagno" w reżyserii Baltasara Kormákura jest jednym z najbardziej przygnębiających filmów, jaki widziałam w życiu. Zdecydowanie reżyser postawił na stylistykę naturalistyczną i wszystko jest w tym obrazie odpychające. Począwszy od ludzi, skończywszy na przyrodzie.
Bohaterowie są paskudni zewnętrznie (tak brzydkiej kobiety, która grała policjantkę, już dawno nie widziałam) a jak do tego trafi się jeszcze brzydki charakter to mamy maszkarę pełną gębą na ekranie telewizora.
Inspektor mieszka w przygnębiająco bezosobowym blokowisku, gdzie nawet czystość na klatkach sprawia wrażenie szpitalnej sterylności. Gdy bohater wchodził do swojego mieszkania zwyczajnie mu współczułam: dom powinien być miejscem ciepłym, pachnącym obiadem lub ciastem, rozbrzmiewającym głosami a Erlendur zamiast tego trafia do noclegowni. On moim zdaniem nie miał domu, a jedynie miejsce, w którym może przekimać do rana i znowu iść do pracy.
Jedna z mocniejszych scen tego filmu, to moment, gdy Erlendur spożywa swój posiłek. Obraz utrzymany w różnych barwach szarości a inspektor zajada coś w kolorze brei. Nie zdradzę, co to było, by nie psuć ... "przyjemności" oglądania. Dla ludzi o silnych nerwach! Obrzydliwe acz hipnotyzujące.
Ale to wszystko moim zdaniem sprawiło, że film jest zdecydowanie lepszy od książki! Mocny, wyrazisty, bezkompromisowy.
Fabuła odrobinę się różni od pierwowzoru, ale moim zdaniem to tylko wyszło na lepsze filmowi. Tutaj co prawda też nie polubiłam Erlandura, choć wydał mi się bardziej ludzki niż w książce, za to postać młodszego detektywa, może zbyt nachalnie pokazana jako "swojski chłop", jednak wzbudziła moją sympatię. I lubię go chyba też za to, że dzięki niemu uśmiechnęłam się dwa razy w tym filmie. Raz, gdy prowadził "wywiad", drugi raz, gdy "gonił' łysego potwora. "Bagno" to taki film, gdzie uśmiech, wierzcie mi, to coś jak wybryk natury. Dlatego tak dobrze zapamiętałam owe zaskakujące epizody.
Gdy wyjdzie kolejny Idridason już go nie kupię. Ale jeśli w bibliotece się pojawi, to z pewnością go wypożyczę. Film polecam, choć nie na niedzielne popołudnie. Ja oglądałam go w nocy i gdy skończyłam było parę minut po dwunastej. Wiedziałam, że nie dam rady zasnąć po tej dawce naturalizmu w czystej postaci, musiałam znaleźć jakiś odstresacz. "Gilmore girls" ze swoim lukrem ponad miarę zdały egzamin śpiewająco. O pierwszej w nocy, po łyknięciu jednego odcinka, mogłam położyć się spać.
Aha, gdyby ktoś mi chciał zafundować wycieczkę do Islandii - dziękuję, nie skorzystam. Ja słaba kobita jestem...
Poświęciłam niedawno trzy wieczory na poznanie czterech kobiet. Pierwsze spotkanie okazało się zadziwiająco nudne i prozaiczne, drugie pozwoliło mi obserwować zadziwiający talent, a trzecie... po raz kolejny okazało się, że nic nie pokona tego duetu: młodej dziewczyny i dojrzałej kobiety. Wszystkie cztery panie to artystki: poetka, piosenkarka i aktorki.
Tak więc poniedziałek należał do Sylvii Plath.
"Sylvia"
reżyseria Christine Jeffs
Zastanawiam się, czy powinnam tak od razu zacząć od pytania retorycznego? Ale to jest jedna z pierwszych rzeczy, która przychodzi mi na myśl. Jak można było powierzyć tę rolę Gwyneth Paltrow? No jak?
Nie wiem, czy to wina również i scenariusza, ale wg mnie Sylvia w tym filmie została zredukowana do roli kury domowej, która tak naprawdę będzie szczęśliwa stojąc przy garach i gotując dla męża, jeśli ten akurat łaskawie będzie znajdował się w pobliżu. A może to jednak wina Paltrow? Że widziałam tam tylko opowieść o zdradzanej, nieszczęśliwie zakochanej kobiecie, która przypadkiem potrafiła pisać? Mnie zupełnie nie przekonała ta historia.
A może to kwestia tego, że najbardziej znanym dziełem poetki jest jej dramatyczna biografia?O Plath można przeczytać zarówno w poważnych periodykach jak i w kolorowych pisemkach dla pań, gdzie analiza jej związku z Tedem wciśnięta jest pomiędzy porady o tym, jak wywabić plamę z kawy a przepisami czytelniczek na ciasta z truskawkami. Tragiczna opowieść stała się pożywką dla żądnych sensacji i mam wrażenie, że właśnie na tym postanowiono zbudować ten film. Szkoda. A Paltrow? Jak dla mnie rozegrała to jedną miną, wiarygodna może była jedynie jako zakochana kobieta, ale mroczna poetka? Nie. Ja tego nie kupuję.
Wtorek to cudowne chwile z Edith Piaf
"Niczego nie żałuję"
reżyseria: Olivier Dahan

Marion Cotillard mnie oczarowała. Podziwiam to, na co odważyła się w tym filmie, bo czasami jej gra była tak intymna, tak pozbawiona hamulców, że ja naprawdę zobaczyłam piękno i upodlenie, które towarzyszyło Piaf, czy precyzując: które sama tworzyła.
Cotillard może i miała ułatwione zadanie, bo zagrała w filmie typu "Rain Man", "Błysk" "Piękny umysł" czy "Moja lewa stopa" gdzie kreacja aktorska opiera się w większości na zagraniu fizycznością, co mnie zawsze wydawało się o znacznie bardziej "widowiskowe" i co za tym idzie, łatwiejsze do zagrania.Tutaj trudność mogła polegać na bezwzględnej, odzierającej czasami z godności i człowieczeństwa prezentacji widzom francuskiej śpiewaczki, by za chwilę pokazać jej nieprawdopodobną kruchość i delikatność. Zastanawiam się jednak, czy fani Piaf, tacy, którym film nie był potrzebny, by poznać koleje życia ich idolki, oceniają ten film pozytywnie? Bo może być odebrany jako obrazoburczy.
Bardzo też podobał mi się pomysł, by sceny z pobytu w Stanach sfotografować w innej tonacji. Epizody te zostały cudownie pokolorowane, z pastelowymi barwami dominującymi zarówno w dekoracjach jak i ubraniach. No i słońce - takie kalifornijskie, rodem z plakatu zachęcającego do kupna rodzynków kalifornijskich. Ta stylizacja, tak odmienna od tej błękitno-brunatnej dominującej w zasadzie przez cały film, wydała mi się zabawna i pomysłowa.
A w środę przyszedł czas na ponowne obejrzenie "Wszystko o Ewie"
"Wszystko o Ewie"reżyseria Joseph L. Mankiewicz

Uwielbiam ten film od czasu, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Z pewnością dużą rolę odgrywa tutaj fakt, że główną rolę powierzono niezapomnianej Bette Davis, którą to mogłabym oglądać i oglądać. Lubię też jej kreację w "Jezabel" ale tego tytułu już tak dawno nie widziałam, że nie wiem, co jest prawdą a co wyidealizowanym przeze mnie obrazem.
Niestety, choć film nadal mnie porusza, to da się zauważyć egzaltowaną grę aktorów, zwłaszcza panowie grali z taką siłą ekspresji, jakby chodziło o film niemy. Davis ma o tyle ułatwione zadanie, że wciela się w gwiazdę teatru, kobietę świadomą swej pozycji i wpływów, więc nawet jeśli można odbierać jej grę jako trącącą myszką, to moim zdaniem z pewnością nie w tym filmie. Bo tutaj to ewentualne "przerysowanie" pasowało jak ulał.
No dobrze. O czym jest to opowieść? O dwóch kobietach: starzejącej się gwieździe (40 lat! w tamtych czasach to prawie jak wyrok...) i niewinnej z pozoru, oddanej wielbicielce talentu Margo Channing (Bette Davis) Ewie Harrington (Anne Baxter).
Obserwujemy, jak krok po kroku, młoda i śliczna Ewa wkrada się w życie Margo. Staje się niezastąpiona. To, jak manipuluje swoją idolką, jak ją osacza przyprawia o dreszcz. Czasami przypominało mi to "Sublokatorkę" z Bridget Fondą i Jennifer Jason Leigh, ale tam okrążanie ofiary, choć również dramatyczne to jednak pozbawione było owych delikatnych niuansów, które budują film Mankiewicza.
Zderzenie tych dwóch bohaterek to wspaniały pretekst do rozważań o kobiecości, sztuce, oddaniu swej pasji, poświęceniu. Można się zastanawiać nad starością, obłudą i pozbawioną wszelkich zahamowań ambicją pchającą wciąż i wciąż do przodu, bez oglądania się za siebie.
Gdy Ewa pokazuje swe prawdziwe oblicze, gdy się zmienia na oczach Karen, trudno zapanować nad emocjami. Wspaniała scena, wspaniale zagrane.
A już scena końcowa, z lustrami... majstersztyk!
Obejrzenie filmów o kobietach artystkach zaowocowało... choć nadal nie mam ochoty na czytanie wierszy Plath, które ja odbieram jako niezwykle hermetyczne i depresyjne, i mówiąc wprost niezrozumiałe dla mnie, to z ochotą sięgnę po jej dziennik i listy. Chciałabym się dowiedzieć o niej czegoś więcej, czegoś co wychodzi poza jej tragiczny związek z Tedem.
Piaf... to oczywiście piosenki. Pamiętam, jak w podstawówce miałam przez kilka miesięcy na jej punkcie bzika. Z kasety magnetofonowej (to ci dopiero archeologiczne sformułowanie) non stop odtwarzałam te francuskie melodie. Nie wiedziałam jednak, że moje ukochane "Je ne regrette rien" zostało przez nią zaśpiewane stosunkowo późno i w takich okolicznościach. Od tygodnia znowu towarzyszą mi piosenki tej niezwykłej kobiety.
A Davis? Wspaniały głos, uroda daleka od klasycznej, godna pozazdroszczenia kariera. "All about Eve" to dla mnie swego rodzaju memento, o którym czasami zdaję się zapominać...

Byłam w kinie.
Najpierw miało być ambitnie, bo to przecież ekranizacja opowiadania Fitzgeralda, boCate Blanchett i Tilda Swinton, bo, co przytaczam jako argument z ambiwalentnymi uczuciami, nominowany do Oskara. I? Moim zdaniem: mizerne to było. Pisząc "to" mam na myśli "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona"
Sama opowieść owszem, ciekawa: bohater rodzący się jako staruszek i młodniejący z każdym kolejnym dniem, to niezły punkt wyjścia. Ale ten potencjał nie został wykorzystany.
Nawet za bardzo nie wiem, o czym pisać, bo nie wiem, o czym był ten film. O miłości? O konieczności wykorzystania tej krótkiej chwili, która dana jest nam od życia, na to by być szczęśliwym? O marzeniach? O przemijaniu? Zabijcie mnie, nie wiem.
Może to moja wina a nie filmu, ale mnie pozostawił on obojętną. Nieudany film o niczym, czasami nudny i zdecydowanie za długi. Podobał mi się jedynie wątek rosyjski z niezawodną Tildą Swinton, którą szanuję od czasów jej genialnej roli w "Orlandzie".
Taa... nie mam zastrzeżeń do wizualnej strony filmu. I Blanchett. Tyle.
Drugi film to komercja pełna gębą, ale przynajmniej smacznie doprawiona. Tak obstawiałam, gdy kupowałam bilet na "Australię". Chorobliwie blada Kidman nie zaskakuje, może tylko nie potrafi się zdecydować w jakim filmie gra: w melodramacie czy komedii i to slapstickowej? Jej towarzysz w tej niedoli, napakowany Hiu Jackman (rany, nie wiedziałam, że ma taaakie bary! Specjalnie dawali mu koszule, w których wyglądał, jakby zaraz miały pęknąć na szwach. Na szczęście lub nieszczęście do tego nie doszło...) to kolejna ofiara tego samego syndromu. Nie zapominajmy jednak o głównym dowodzącym, czyli Bazie Luhrmannie. Facet, który wyreżyserował i "Romeo i Julię" i "Moulin Rouge" zrobił takie coś? Nie uwierzyłabym, gdybym sama nie zobaczyła.
Film pompatyczny do bólu, ze scenami w stylu: kowboj odjeżdżający w stronę zachodzącego słońca (vide: pojawienie się Hugh na przyjęciu, gdy cała sala nagle zamiera... licho wie czemu w zasadzie albo moja ulubiona, gdy tenże sam wyłania się z pożogi i mgieł na przystani, by wpaść w ramiona bladolicej lady... ryczałam ze śmiechu, przynajmniej wtedy zakwalifikowałam film jako komedię ).
Jako film o miłości - przerysowany do granic, jako film o Australii - mało przekonywujący. Bo decyzja angielskiej lady o pozostaniu w posiadłości, kompletnie nie miała dla mnie sensu. Odnosi się to także do jej późniejszych działań.
Sceny ukrywania aborygeńskiego dziecka, narratora tej opowieści są wstrząsające. Jak i przekonanie o "wyższości" białej rasy.
O tragedii "skradzionego pokolenia" wiedziałam, ale nie wiedziałam, że wycofano się z tego barbarzyńskiego projektu dopiero w 1975 roku! Co za koszmar.
Obejrzałam "Australię" i wiem jedno, że na powtórkę się już nie piszę. "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" na tym tle wypada zdecydowanie lepiej, bo kiedy za jakieś 5 lat wyemitują go w tv, to spróbuję rozgryźć, o co w tym wszystkim chodziło... przynajmniej tyle:)
Te wpadki osłodziła mi kolejna odsłona przygód panny Marple, czyli "Uśpione morderstwo". Klasycznie, z gracją i smakiem nakręcony kryminał. Oby tak dalej. Podsumowując 2:1. Dla nich.
;)
Film oglądałam tak dawno temu a mimo to doskonale pamiętam niezwykłą Anę o smutnych oczach.
Prawdziwe arcydzieło, choć mocno przygnębiające.
Jak puszczą to w tv, to wybaczę im nawet "Taniec na lodzie".
A na pocieszenie (bo raczej nie prędko się doczekamy emisji...) piosenka, znana chyba każdemu:
(śpiewa Jeanette)

Nie dałam dzisiaj rady żadnej książce, ale od czego zbiory na dvd? Okazały się bezcenne, bo popołudnie minęło mi bardzo miło, choć nadal w gorączce. Wybrałam niezawodną, jak się okazało, Elizabeth Gaskell i jej "Żony i córki". Pierwsze podejście do tego serialu robiłam w zeszłym roku, ale wydawało mi się, że wiem jak potoczą się dalsze losy bohaterów i trochę tym rozczarowana dałam sobie spokój. Silly me ;) No cóż, za arogancję trzeba płacić, bo dopiero dzisiaj mogłam się zachwycić tą pięknie sfilmowaną opowieścią.
Nie skończyłam jeszcze oglądać tego serialu, więc nie napiszę Wam o nim nic więcej, ale zrobiłam już rozeznanie i wiem, o co bym chciała powiększyć swe zbiory. Może ktoś z Was też się skusi? Wszystkie tytuły dostępne są w merlinie i stamtąd skopiowałam opisy.
Zacznijmy do ekranizacji powieści Charlesa Dickensa. Pojawiło się kilka różnych tytułów, wszystkie to produkcja BBC. Zaciekawiły mnie trzy pozycje:
2. Martin Chuzzlewit - Znakomita ekranizacja mistrzowskiej powieści Charlesa Dickensa, ukazująca okrutny świat mieszczańskich i rodzinnych intryg, rozgrywających się w XIX wiecznej Anglii. Martin Chuzzlewit jest starym, zamożnym człowiekiem. Kto jednak odziedziczy jego majątek? Z powodu nieposłuszeństwa i małżeństwa, z jego służącą, Mary, wydziedziczył swojego wnuka, młodego Martina. Wiedząc o tym, do gry o majątek wkracza reszta rodziny, w tym hipokryta Pecksniff i zepsuty do szpiku kości, podstępny Jonas. Podczas gdy młody Martin przebywa w Ameryce, reszta rodziny bezpardonowo walczy o względy starego Chuzzlewita. Jednymi ludźmi wspierającymi schorowanego człowieka, są Tom Finch, zarządca majątku Pecksniffa i żona młodego Martina, Mary Graham. Do czasu gdy z Ameryki powraca Martin...
3. Nasz wspólny przyjaciel - Adaptacja ostatniej ukończonej powieści Dickensa to ciekawa psychologiczno- społeczna analiza połączona z wieloma zagadkowymi wątkami. Młody człowiek, John Hormon (Steven Macintosh), ma otrzymać duży spadek po ojcu, ale pod warunkiem, że poślubi Bellę Wilfer (Anna Friel), piękną, lecz chciwą dziewczynę, której nigdy nie spotkał. Nie dociera do Londynu z podróży z Afryki, a w Tamizie znalezione zostaje ciało, zidentyfikowane jako jego zwłoki. Majątek trafia więc w ręce robotniczej rodziny Boffinów, a efekty tej sytuacji odbijają się na przedstawicielach różnych londyńskich klas społecznych. Nim zagadka się rozwiąże, jest wyśmienita okazja by poznać wiele doskonale nakreślonych przez Dickensa i
świetnie zagranych postaci.
No i jeszcze dwa tytuły. Powieść Eliot George sfilmowana w
1995 roku, czyli "Miasteczko Middlemarch" - to opowieść o życiu na prowincji w czasie olbrzymich zmian związanych z rewolucją przemysłową i planami Wielkiej Reformy. Rozdarcie między tym, co nowe i postępowe, a tradycjonalnym sposobem życia dzieli ludzi wyjątkowo wyraźnie. Na tym tle toczą się historie mieszkańców Middlemarch. Młodziutka Dorothea Brooke jest idealistką i intelektualistką marzącą o tym, by móc jak najlepiej dzielić się z potrzebującymi swoimi pieniędzmi i zdolnościami. Zafascynowana dojrzałością i inteligencją starzejącego się Edwarda Casaubona, postanawia go poślubić. Wkrótce jednak na jej drodze staje też siostrzeniec starego męża, Will Ladislaw i dziewczynie coraz trudniej uznawać, że droga, którą wybrała, była prawidłowa.Na koniec wybrałam Tajemnicę domu na wzgórzu - to adaptacja powieści Anne Bronte, najmłodszej z tria słynnych sióstr pisarek, Emily Bronte, autorki "Wichrowych wzgórz" i
Charlotte Bronte, autorki "Dziwnych losów Jane Eyre". Dziewiętnastowieczna Anglia. Do Yorkshire przybywa Helen Graham (Tara Fitzgerald) ze swoim małym synkiem. Kobietę otacza tajemnica. Wyraźnie dystansuje się od mieszkańców okolicznych włości. Stara się unikać spotkań i wścibskich pytań zaciekawionych nią sąsiadów. Zdaje się chłodna i niedostępna, przy tym zdecydowanie zbyt nadopiekuńcza wobec syna.No i jak? Macie na coś ochotę? Na amazonie znalazłam całe pakiety ekranizacji powieści Dickensa, Eliot, Trollpe'a, Austen... do wyboru, do koloru. Można szaleć :)
Kolejny przykład głupawego, za przeproszeniem, tłumaczenia tytułów. "The fall" - tak brzmi w oryginale i ma związek z wydarzeniami. A "Magia uczuć"? Pretensjonalna.
Ale poza tym film jest boski. Piękny wizualnie, z niezwykłymi krajobrazami, soczystymi barwami, baśniowymi ujęciami - cudo dla oka. Przy tym całkiem sympatyczna opowieść w warstwie fabularnej.
Film o przyjaźni, zdradzie, zaufaniu i dziecięcej fantazji, która nie zna granic. Polecam gorąco.
Na osobny wpis zasługuje Catinca Untaru dziewczynka, odtwarzająca rolę Alexandrii. Kamera ją kocha, każda scena bez niej jest już tylko dobra a nie bardzo dobra. Przyznam, że wstawki z opowieści Roya były interesujące, ale czekałam na każde wejście Alexadrii. To jak mówi, ten akcent, te miny, gestykulacja... Oskar! Oskar!
Skąd oni biora te dzieciaki? U nas takich nie ma :(

Po obejrzeniu filmu zastanawiałam się w czym tak naprawdę tkwi jego siła? Czy w doskonałym aktorstwie? Czy w geniuszu samego Capote'a? W jego barwnej osobowości? Tak interesującej, że nie sposób zrobić o tym człowieku złego filmu? A może w końcu to zasługa reżysera?
Magia kina czy pisarza?
W filmie pojawia się kilka długich, nieruchomych ujęć (wstyd się przyznać, ale podczas pierwszego takiego kadru, sprawdzałam czy moje dvd przypadkiem nie szwankuje...;) na których pokazany jest Truman np. w skupieniu czytający gazetę. I nie wiem jakim cudem, ale te sceny są hipnotyzujące.
Od czego mam zacząć? Od Hoffmana czy od Capote'a? Każdy mnie zachwycił i poruszył.
Truman Capote - potwór czy geniusz? Człowiek opętany obsesją życia dla sztuki, gotów dla niej poświęcić wszystko. Wyrachowany drań, przebiegły manipulator, wykorzystujący (w dosłownym tego słowa znaczeniu) nawet swoje najczarniejsze wspomnienia, by dotrzeć do cennych dla siebie informacji. Sprzedaje siebie by kupić coś, co przekłuje w Sztukę.
Z tym, że Truman "Handlarz" Capote nie do końca jest sprzedawcą uczciwym: czasami wciśnie towar ze znaczkiem made in china, reklamując go jako markowy. Ale nawet ja, jako widz, nie wiem do końca, gdzie był szczery a gdzie po prostu odgrywał swoją rolę, wielką rolę nota bene, bo okrutnie bał się przeciętności i tuzinkowości. Każde spotkanie towarzyskie stawało się dla niego okazją do błyszczenia, szokowania, skupiania wokół siebie uwagi. Wybierał bycie błaznem, byle się wyróżnić. Za to gotów był zapłacić każdą cenę.
Fascynująca osobowość.
Tutaj wkracza na scenę Philip Seymour Hoffman - aktor kameleon. Ukazanie egocentryzmu, snobizmu, wrażliwości, poczucia humoru postaci, którą przyszło mu zagrać, nie sprawiło mu żadnego problemu. Tak przynajmniej ja to odebrałam. Hoffman po prostu _był_ Capotem, z całym jego manieryzmem, dziecięcą bezradnością, żądzą sławy i poklasków. Co ciekawe, gdy oglądam Daniela Day-Lewisa, widzę właśnie pot i łzy, który popłynęły u tego aktora podczas przygotowywania się do każdej kolejnej kreacji. A u Hoffmana widzę tylko lekkość, z jaką wszedł w rolę, choć jak sądzę, również wiele czasu spędził na studiowaniu swojej postaci. Ot, choćby sposób poruszania się czy mówienia (!!) autora "Z zimną krwią".
Jestem pod ogromnym wrażeniem. A pamiętam go jeszcze z "Zapachu kobiety"... (wredny, bogaty paniczyk, który dostaje w końcu za swoje - też świetnie zagrane).
Film skupia się na latach, gdy Capote zbierał materiały do swojej najgłośniejszej powieści, czyli "Z zimną krwią". Towarzyszymy Capote i Harper Lee, gdy trafiają do miasteczka Holcomb i rozmawiają z każdym, kto miał cokolwiek wspólnego z zamordowaną rodziną. Wtedy też pojawia się informacja, że Capote zapamiętuje 94 % z przeprowadzanych rozmów (wie to, bo robił sobie testy!!!). Pewnie dlatego w każdym prawie opracowaniu krytycznym tej powieści pada określenie"drobiazgowy opis". A jaki ma być ? Przy takiej pamięci ?
Rodząca się więź, zależność między pisarzem a Perrym, jednym z zabójców jest trudna do opisania. Bo Capote pokazuje tutaj swoje podwójne oblicze: jest współczujący i zarazem pełen osobistych celów. Nie chcę zdradzać fabuły, ale niektóre sceny obnażają wręcz obrzydliwą stronę charakteru pisarza. Cynik bez uczuć mogłoby się wydawać, gdy nagle robi czy zachowuje się zupełnie inaczej. Kim więc był?
Dla mnie to postać zagadka. Pełna sprzeczności. Niejednoznaczna i boleśnie prawdziwa w swojej ułomności i wielkości. Majstersztyk.
Zwróćcie uwagę na barwę głosu, sposób poruszania się
i porównajcie to z tym, co robi Hoffman.

Obejrzałam sobie w weekend dwie ekranizacje powieści Agathy Christie: jedna z Herculesem Poirot (bleee) a druga z Panną Marple (mniam!).
"Przygoda kucharki z Clapham" chyba nawet nie jest nakręcona na podstawie kryminału Agathy, w każdym bądź razie zagadka była banalnie prosta i zwyczajnie nudna. Pewne tropy były oczywiste dla widza od razu, więc czekanie aż wpadnie na to Poirot okazało się jedynym ekscytującym momentem serialu. Trochę to za mało...
Tak więc z małym Belgiem daję sobie tymczasowo spokój. Tymczasowo, bo poczekam aż w kiosku pojawią się najnowsze odcinki z detektywem, te oparte na powieściach pisarki. Oglądałam kilka tych odcinków w tv i uległam urokowi zarówno angielskich krajobrazów, jak i zepsutej arystokracji. Moje ulubione to "Pięć małych świnek" i "Niedziela na wsi".
Zupełnie inaczej odebrałam natomiast film z panną Jane Marple,
bohaterką "Morderstwa na plebanii". Zaskakujące rozwiązanie, nawet sympatyczna główna bohaterka (czego o Herkulesie powiedzieć się nie da), galeria barwnych i ekscentrycznych postaci, ładne zdjęcia.
Faceci w filmie prawie co do jednego ciapowaci i manipulowani przez kobiety, które zdecydowanie były górą w tej opowieści. A do tego domek panny Marple - przepiękny! Całość bardzo smakowita.
Słowem, kolekcję "Marple" polecam. Ja będę uzupełniać swoje zbiory o kolejne tytuły. W domu czeka na mnie jeszcze "Noc w bibliotece".
Na niedzielne popołudnie w gronie rodzinnym, z ciastem i herbatą: idealne!
Trzy filmy wybrane na chybił trafił i trzy trafienia. Czemu to ja nie miałam takiego szczęścia, gdy w totka rozdawano 35 milionów?
1. Karmel
(reż. Nadine Labak)
Ciepła, nasycona kolorami i uczuciami opowieść o kobietach w Bejrucie. Delikatny i nastrojowy. Przy tym zabawny i smutny: słowem film o życiu :)
Głowna bohaterka prowadzi salon fryzjerski i kosmetyczny, w którym kobiety spotykają się, gdy chcą porozmawiać lub poprawić wygląd przed jakimś ważnym wydarzeniem w ich życiu. Głównym wątkiem wokół którego toczy się ta historia to miłość w rożnych jej konfiguracjach: miłość do żonatego mężczyzny, miłość kobiety do kobiety, miłość dojrzała pomiędzy starszymi osobami, będąca ostatnią szansą na zmianę losu. Niektóre opowieści skończą się szczęśliwie, inne nie. Niektóre dopiero się zaczną...
Ładne zdjęcia, ciekawa muzyka, upalny Bejrut i karmel. Słodki i pyszny, ale stosowany do depilacji. Słodycz i ból. Życie.
2. Hollywoodland
(reż. Allen Coulter)
Film wzorowany na filmach noir, powstających w latach 40 ubiegłego wieku. Podobny klimat i zdjęcia. Już tylko dla względów wizualnych, moim zdaniem, warto obejrzeć Hollywoodland.
Przyznam się, że nie wiedziałam nic o telewizyjnym serialu o Supermanie, który kręcony był w latach 50. Główną rolę kreował tam George Reeves, zdobywając sławę
No i Adrien Brody w roli prywatnego detektywa, Louisa Simo, który węszy wokół rzekomo samobójczej śmierci Reevesa w 1959 roku. Cwany, stary wyga, który doskonale manipuluje matką Supermana i prasą by podważyć oświadczenie policji o samobójstwie.
Wątpliwości pojawia się coraz więcej, ale i coraz więcej możliwych rozwiązań. Wiele osób mogło pragnąć śmierci Reevesa. Ale czy zgorzkniały swoją karierą telewizyjnego superbohatera sam aktor nie mógł pociągnąć za spust?
Dla mnie to była opowieść o poszukiwaniu prawdy w świecie, gdzie iluzja jest w cenie i jest w zasadzie najważniejsza. Co w końcu stało się z Reeveesm? Czy można dowiedzieć się prawdy?
I co nią jest?
Dobry film, świetnie zagrany. Warto.
A o trzecim filmie opowiem może jutro. Albo pojutrze :) Też był dobry. Z Emily Watson i Rachel Griffiths.

Uroczy film! Baśniowa opowieść o dziewczynie, która urodziła się z nosem ... świni ;) A to wszystko przez złego przodka, który, jak to bywa w bajkach dla dorosłych, zrobił dziecko służącej i potem ją porzucił. Ta z rozpaczy popełniła samobójstwo ale jej matka, zła wiedźma, na ród niecnego bałamuta rzuciła straszliwą klątwę. Pierwsza córka z lędźwi Wilhernów urodzić się ma z pewnym defektem...
I ten nieszczęsny nos trafia się Penelope (Christina Ricci), którą matka więzi w domu, by chronić ją przed okrutnym światem. Jedynym ratunkiem dla dziewczyny jest stanięcie na ślubnym kobiercu z przedstawicielem wyższych sfer (tak głosi legenda). Do domu zapraszani są więc arystokratyczni kandydaci na męża dla Penelope, których ona sobie ogląda przez lustro weneckie. Gdy oswojony kawaler prosi ją o rękę, Penelope wychodzi z ukrycia i ... to była jedna z najśmieszniejszych scen w filmie. Mocno dosadna, ale zabawna.
Jedynym, który przetrwał próbę, jest zawadiaka Max (James McAvoy), który zaprzyjaźnia się z dziewczyną, potrafi ją rozweselić. Jednak gdy ta prosi go o rękę, to Max ...
Świetnie się bawiłam oglądając ten film. Dobre aktorstwo (Reese Whiterspoon zagrała skrzący się dowcipem epizodzik) i zabawa klasycznymi składnikami dobrej baśni :) Mamy więc i blond księcia, mamy złowrogiego karła z "pirackim notesikiem" (też mi się podobała ta scena) i nadopiekuńczych rodziców. Ale jak to w życiu bywa, nie wszystko jest takie oczywiste: taki na przykład książę już w pierwszych sekundach okazuje się być francowatą, tchórzliwą gnidą.
Baaaardzo mi się podobał ten film. Taka dowcipna opowieść o zapomnianej w dzisiejszym świecie prawdzie, o której uczyły nas nasze babcie: nie szata zdobi człowieka; nie wszystko złoto, co się świeci., itd. A najważniejsze jest, by polubić siebie :)
Polecam gorąco!
Zacznę od nieodzownej w przypadku tego serialu deklaracji: nie, nie widziałam słynnego filmu z 1967 roku :)
To znaczy, pamiętam jakieś migawki, jakieś pojedyncze sceny ale najbardziej zachowały mi się w pamięci zachwyty rodziców. Stąd ja również podświadomie uznawałam tę czarno-białą produkcję telewizyjną za wzór doskonałości. I to odium będzie już chyba zawsze ciążyło na każdym kolejnym serialu opowiadającym o losach bogatych Forsyte'ów... Bez porównywania się nie obejdzie ;)
Pakiet DVD składa się z 5 płyt, na których znalazło się prawie 500 minut interesującej historii o dwóch pokoleniach młodych Anglików.
Ja jestem zdecydowaną wielbicielką części I, w której Soames zmaga się z miłością do Irene. Bogaty, młody mężczyzna wybiera sobie na żonę kobietę, do której zapałał uczuciem. Niesamowicie to zostało zagrane: te emocje bohatera były dla mnie jednocześnie irytujące i wzruszające. I paradoksalnie, mimo sztywności wiktoriańskiej Soamesa, samokontroli jaką sobie narzucał, pożądanie do żony powodowało, że przez ułamki sekund, stawał się rozdygotany i bezradny. Nagi i przerażony. Ale także niebezpieczny. Oglądanie bez maski wiktoriańskiego dżentelmena było niezwykłym doznaniem: tak bardzo intymnym, że czasami miałam ochotę zamknąć oczy, by oszczędzić Soamesa...
Początkowo go nie znosiłam, ale potem zaczęła mnie wkurzać Irene... Nie wiem, jak jest to umotywowane w książce, ale ta kobieta wyszła za mąż bez miłości i zrobiła to dla pieniędzy. Nawet jeśli była to w tamtych czasach jedyna możliwa droga realizacji kobiet, to Irene pokazała potem, że jest w stanie sama się utrzymać, egzystując przy tym na całkiem niezłym poziomie. Ale wyszła za faceta, z którym nic ją nie łączyło i którym nie była
zainteresowana. Przez co oboje cierpieli.
Aktor grający Soamesa był odpychający: taka blada larwa, traktująca wszelkie przejawy życia za atak na ustalony i jedynie słuszny porządek moralny. Zmienia go dopiero córka, ale to się dzieje w II części serialu.
kę. Mimo to, opowieść o tych dwojgu była jak dla mnie mocno "dynastiopodobna". A szkoda.
Zupełnie jednak nie żałuję ani czasu poświęconemu na obejrzenie filmu ani nawet pieniędzy wydanych na zakup pakietu. Ogólne wrażenia mam pozytywne, choć do doskonałości temu serialowi daleko. Mimo to polecam, bo wciąga, przeraża i irytuje. Budzi emocje.
Ocena? 4/6

Mówiłam już, że pasjami lubię grać w gry planszowe? Jeśli nie, to teraz powiem: kocham to! Zwłaszcza "Osadników z Catanu" i dodatek "Miasta i rycerze z Catanu".
W sobotę rozłożyliśmy planszę na kuchennym stole i spędziliśmy 3 godziny wśród wybuchów śmiechu, okrzyków wściekłości na złośliwe zagrania przeciwników oraz odgłosów konsumpcji różnych dobrodziejstw... słowem, było naprawdę miło. Polecam tę grę, bo ma w sobie niezwykłą siłę przyciągania. Kto zagra raz, szuka możliwości kolejnych rozgrywek. I słusznie ;)
W niedzielę obejrzałam Bonda w kasynie, czyli "Casino Royale". Jak dla mnie, to w końcu film do obejrzenia. Poprzednie odcinki z agentem 007 w roli głównej, były za bardzo komiksowe. Ale nie były to ani filmy sci-fi ani akcji... takie hybrydowe niewiadomo co. Owszem, milo patrzyło mi się na Bondów, zwłaszcza na Seana i Pierce'a, ale i tak Daniel wymiata ;)
Jedynym takim oczywistym ukłonem w stronę tradycji była
postać złego bohatera: Le Chiffre, który choć na szczęście nie był chodzącym wcieleniem zła, to cierpiał na makabryczną i właśnie "bondowską" przypadłość, czyli zdarzało mu się łzawić na czerwono. Tak, to było złe bydle, ale postać została tak poprowadzona, ze można sobie faceta wyobrazić, jak rano je na śniadanie tosty z masłem a nie pieczone małpie móżdżki...
A poza tym... Daniel Craig ... ech...
:)

Święta spędzane przed telewizorem to koszmar. Ale gdy w tv nie można znaleźć nawet jednego programu do obejrzenia, to też klapa. Oglądałam jedynie "Kurczaka Małego" i tany naszych "gwiazd".
Zaproponowano mi więc "Juno" i była to cenna rada :)
Film o ciężarnej nastolatce oglądało się bez bólu i z przyjemnością. Bo oto główna bohaterka to wyszczekana, inteligentna i posiadająca zainteresowania (!) 16-latka. Miło się jej słuchało i miło patrzyło. Gdy zachodzi w ciążę ma to szczęście, że w pełni wspiera ją jej rodzina i przyjaciele. Bleeker, przyszły tatuś został odstawiony na boczny tor, ale tylko do czasu...
Przekorna nastolatka szuka rodziny dla swojego dziecka i poprzez ogłoszenie w gazecie trafia na zamożne małżeństwo. Ona, czyli Vanessa jest bardzo sztywna, on, czyli Mark chętnie wróciłby do czasów, gdy był nastolatkiem. Juno świetnie się z mężczyzną rozmawia o muzyce, filmach. Facet w końcu zapragnie cofnąć się do lat swojej młodości i znowu zacząć żyć bez zobowiązań. Oj, Juno, coś ty narobiła...
Do moich ulubionych scen należą te z Bleekerem; chłopakiem, którego Juno uwiodła. Zresztą później także zaczyna go uwodzić i dzięki Bogu. Bleeker jest biegaczem i najczęściej prezentuje się na ekranie w żółtych gimnastycznych szortach i takiejże przepasce na włosach. Chudziutkie nóżki, wstrząsające miny i reakcje na działania Juno - choćby dla tych scen warto zobaczyć film.
Dialogi są znakomite. Skrzą się dowcipem, choć temat przecież poważny... Można więc i tak? Ależ owszem :)
Choć nie jest to film analizujący dogłębnie problem nastoletnich matek, jest to po prostu komedia, to jednak na tyle dobra, że warto poświęcić 90 minut, by poznać Juno i Bleekera.
Stawia także pytanie o kondycję mężczyzn... Panowie, świat wymyka się wam z rąk ;)

Gdybym wcześniej nie czytała książki, filmem byłabym zachwycona. Ale znałam historię Briony, Cecylii i Robbiego z utworu McEwana i po seansie został mi pewien niedosyt. Ale po kolei.
Brzemienne w skutkach zdarzenia rozgrywają się w pewien gorący, letni dzień. Jest rok 1935 i oglądamy przepiękną rezydencję rodziny Tallisów, zaglądamy do pokojów członków rodziny oraz do kuchni, gdzie spotykamy mamę Robbiego. Najważniejszą postacią jest jednak Briony Tallis,13-letnia dziewczynka o bujnej wyobraźni. Jej ulubionym zajęciem jest pisanie powieści. W tym feralnym dniu jest świadkiem dziwnej sceny, która rozgrywa się między jej siostrą a Robbim. Briony interpretuje to wydarzenie na swój własny sposób. Być może to zranione uczucia zauroczonej Robbim Briony sprawiają, że dziewczynka od tego momentu inaczej postrzega tego młodego człowieka.
Zrządzeniem losu w tym samym dniu Briony staje się posłańcem (w liście pojawia się słowo, które wg niej może być używane tylko przez maniaka seksualnego), widzi Cecylię i Robbiego oddających się miłosnym uniesieniom i ... dramat gotowy.
Czy wskazując na Robbiego jako sprawcę gwałtu na małoletniej Lolii, Briony jest przekonana o winie mężczyzny? Moim zdaniem tak. Tak to postrzegam w filmie. Ale w książce zupełnie inaczej to interpretowałam. Głównym sprawcą zeznań Briony była jej wyobraźnia, jej chęć władania rzeczywistością poprzez jej kreowanie. Dlatego tak bardzo lubiła tworzenie opowieści: bo miała władzę nad światem. I tego zapragnęła Briony w ten dzień. Owszem, opisanej wyżej zdarzenia też miały w tym swój duży udział (chęć zemsty za zawiedzione uczucia?), ale nie tylko. I tego mi zabrakło.
Mimo wszystko film jest dobry. Pięknie sfotografowany, z doskonale dobraną obsadą aktorską. Ta mała, Briony, jest znakomita.
"Pokuta" jest opowieścią o życiu ze świadomością własnych win. Czasami największe nawet pragnienie, by odpokutować, ponieść karę, nic już nie może zmienić. Zło zostało wyrządzone.
Ale Briony ponownie może skorzystać z daru, jakim jest umiejętność kreowania świata w literaturze. Tam wszystko może zakończyć się szczęśliwie. I dlatego Briony będzie pracowała przez całe swoje życie wciąż nad tą jedną książką, by opowiedzieć o losach Cecylii i Robbiego.
I o swojej roli w ich tragedii.
Wspominałam już, ze wiosna idzie?
Kicham na nią! Dosłownie. Złapała mnie alergia i musiałam wczoraj rano wziąć tabletkę, po której jestem śpiąca i jedyne, co mogę robić to gapić się w tv. Obejrzałam więc kilka odcinków CSI: Las Vegas i CSI: Miami, a na deser "Wives and daughters" adaptację powieści Elizabeth Gaskell ( Wives and Daughters: An Everyday Story (1865) ).
Gaskell znam z "Panien z Cranford", które odebrałam bardzo pozytywnie: taka opowiastka o przywarach starych panien, rządzących twardą ręką całym miasteczkiem. Napisane ze swadą i bardzo zabawne.
Gaskell żyła w latach 1810-1865 i poznała między innymi Charlesa Dickensa, Charlotte Bronte czy Wilkie Collins. Z panną Bronte łączyła ją bliższa zażyłość i Elizabeth pokusiła się nawet o napisanie jej biografii. Musiała być ciekawa, bo przeczytałam gdzieś, że pewnego razu, gdy Bronte odwiedzała Gaskell, do tej ostatniej przyszli goście a Bronte z nieśmiałości (tu chyba trzeba dodać chorobliwej) schowała się za zasłonami w pokoju... Hmmm... biedna Charlotte, tyle lat minęło a ludzie wciąż o tym mówią ;)
"Żony i córki" wydają mi się podobne do utworów Jane Austen.
Główna bohaterka, Molly, 17-letnia corka wiejskiego lekarza, ma okazję poznać ludzi stojących w hierarchii społecznej znacznie wyżej od niej. Obserwuje tamten świat i nie milczy, gdy dostrzega obłudę czy niesprawiedliwość. Jest ucieleśnieniem niewinności i posłuszeństwa, całym sercem jest oddana swemu ojcu, który wychowywał ją samotnie.
Gdy na horyzoncie pojawia się nowa żona doktora, Molly traci grunt pod nogami, zwłaszcza, że babsko jest nieznośne, samolubne, snobistyczne i apodyktyczne. Nie znalazłam u niej żadnej zalety: wad nie dostrzega natomiast ojciec Molly. Jednak dziewczyna, po jednorazowym buncie posłusznie zgadza się na plany ojca i próbuje zaakceptować Hiacyntę. Zaczynają się problemy...
Molly zaprzyjaźniła się z rodziną zamożnego dziedzica, a zwłaszcza z jego ciężko chorą małżonką. Poznaje całą rodzinę: uwielbianego przez wszystkich Osmonda i traktowanego jak piąte koło u wozu Rogera. Osmond jest tym przystojniejszym, pisze wiersze i kończy Cambridge. Roger, no cóż, też się uczy, i tyle. Taka charakterystyka to dzieło matki młodzieńców (ojciec postrzega to nieco inaczej) i Molly jest pod jej silnym wpływem. Gdy pani dziedzicowa umiera, Molly jest przy niej. A Osmond nie zdał egzaminów, narobił długów i został wyrzucony z domu przez ojca. Córka lekarza mu współczuje...
Tak kończy sie pierwszy odcinek. W zasadzie wiadomo, jak potoczy sie wątek miłosny, jakie perypetie czekają główną bohaterkę, ale jestem ciekawa, jak długo żona doktora będzie manipulowała swym mężem. I jak się to skończy.
Serial BBC nakręcony został w 2002 roku. Liczy sobie 4 odcinki. Mnie się podoba, i dzisiaj obejrzę kolejną część.
Szkoda, że Gaskell nie jest u nas wydawana. Oprócz wspomnianych "Panien z Cranford" opublikowano tylko "Mary Barton".
Rok temu przeczytałam "Po prostu razem" Anny Gavaldy. I miło wspominam do dzisiaj tę bezpretensjonalną opowieść o samotnikach zagubionych w wielkim mieście. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po film.
Jedną z głównych ról gra Audrey Tatou, nieco już wyeksploatowana francuska gwiazda, ale w tym obrazie bardzo mi się podobała.
Poznajemy losy 4 osób: młodej dziewczyny Camille, wybuchowego kucharza Franka, nieśmiałego potomka arystokratycznego rodu Philiberta i niepasującej pozornie do tej trójki Paulette, babci Franka. Wszyscy razem mieszkają w przepastnym mieszkaniu Philiberta. Tam się mijają, kłócą a wreszcie i zaprzyjaźniają.
Cała opowieść jest bardzo ciepła: podglądamy jak bohaterowie mimo wielu różnic, zaczynają się poznawać, rozmawiać ze sobą. Przyjemność sprawia im bycie ze sobą. Byli samotni, ich przeszłość była przygnębiająca i tak też postrzegali swoją przyszłość. I dopiero otwarcie na drugiego człowieka przynosi nadzieję na zmianę: a może warto zaufać? pozwolić sobie na bliskość?
W tym filmie nie ma szalonych zwrotów akcji, w zasadzie to niewiele się dzieje. Ale trudno oderwać wzrok od ekranu. Pozytywne emocje wibrują.
A poza tym lubię filmy, w których ludzie spotykają się przy stole kuchennym. Gotowanie dla kogoś ma w sobie jakąś magiczną moc... :)
"Portret damy" oglądałam wczoraj. Po południu. Wróciłam ze spaceru z psem, zaparzyłam herbatę i zasiadłam przed tv w oczekiwaniu na porywająca opowieść. Pierwsza scena, w której pojawia się Nicole spowodowała, że oblałam się co nieco herbatą. Parsknięcia pociągają bowiem za sobą takie skutki... Jak ona wyglądała pod tym drzewem... No dobrze, ale to tylko estetyczne wrażenie. Możliwe, że tylko moje i nikogo więcej.
Potem próbowałam się przejąć losami Isabel i bez powodzenia...
Z powodzeniem za to udało mi się zasnąć na owym seansie. Nie zdarzają mi sie drzemki popołudniowe, ale wczoraj nie byłam w stanie powstrzymać uparcie opadających powiek. Ciekawam tylko, czy to jednak film czy wyjący wiatr i deszcz za oknem przyczynił się do tego?
Na szczęście herbatę wypiłam przed spotkaniem z Morfeuszem. Bo inaczej skutki mogłyby być katastrofalne.
Czytam "Portret damy" Henry Jamesa. Idzie mi to dosyć powoli, ale czytam z przyjemnością. James ma bardzo analityczny styl: każda jego postać zostaje dokładnie rozłożona na części pierwsze i opisana drobiazgowo. To spowalnia trochę czytanie, nie ma możliwości prześlizgnięcia się nad tekstem. Zresztą, wcale tego nie chcę.
Rozumiem już zachwyty Paoli Brunetti nad tym pisarzem :)
Wieczorem za to robiłam porządek w kasetach VHS. I znalazłam
parę ciekawych a zapomnianych tytułów, które ponagrywałam do obejrzenia... kiedyś. Wygrzebałam m.in. "Lawendowe Wzgórze" z Judi Dench i Maggie Smith. Lubię jedną i drugą, a teraz doszła jeszcze do lubienia Miriam Margolyes, która była rewelacyjna w roli gosposi: taka przaśna, energiczna i bystra :)
Akcja toczy się w przepięknej Kornwalii, w roku 1936. Pewnego dnia, dwie starsze siostry(Dench i Smith) znajdują na plaży rozbitka, młodego chłopaka. Zabierają go do siebie do domu i otaczają opieką. Okazuje się, że Andrea jest Polakiem (dziwne imię, jak na polskiego chłopca) i przepięknie gra na skrzypcach.
Pojawienie się Andrei w życiu sióstr, a zwłaszcza Ursuli (Dench) zmienia ich dotąd ustabilizowane życie. Budzą się emocje, o których Ursula, wydawać by się mogło, powinna zapomnieć.
I są one niezwykle silne, ale pokazane bardzo subtelnie. Czy Ursula tęskni za miłością czy za młodością? A może za jednym i drugim. W każdym bądź razie, Andrea ze swoją witalnością i wrażliwością, budzi dawno zapomniane Pragnienia.
Dobre aktorstwo, cudowne widoki, ciekawa fabuła. Na zimowe wieczory jak znalazł.

Obejrzane znowu - tym razem pod wpływem książki Mariusza Szczygła "Gottland".
Film powstał na podstawie książki Milana Kundery i o ile sobie dobrze przypominam jest to dość wierna adaptacja powieści pod tym samym tytułem.
Kunderę czytywałam kiedyś namiętnie, ale zdecydowanie wolę jego utwory pisane po czesku*.
Te powstałe już we Francji i po francusku, są zdecydowanie bardziej chłodne, może nawet przeintelektualizowane...?
"Nieznośna lekkość bytu" to opowieść o Tomaszu, Teresie, Sabinie i Czechosłowacji.
Tomasz, młody, przystojny lekarz, mający ogromne powodzenie u kobiet, skwapliwie korzysta z tego daru. Życie jest proste: na politykę nie ma czasu, ma bliską przyjaciółkę - artystkę Sabinę, która daje mu chwile rozkoszy i drobiazgowo odmierzane przez Tomasza dawki intymności.
Jego wolność jest lekka, nie przygniata go do ziemi. Pozwala mu na wiele. Na zadowolenie?
Nagle spotyka Teresę, młodziutką, świeżą i bezgranicznie mu oddaną. Teresa nie potrafi grać w miłości: od razu pokazuje swoje uczucia, mówi o nich. To ona oświadcza się Tomaszowi. I było to takie naturalne i piękne.
Tomasz się waha. Chciałby mieć dwa życia: w jednym zostałby z Teresą a w drugim pozbyłby się jej. Boi się decyzji. Każdej.
W którymś momencie jego lekkość zaczyna mu ciążyć. Bo lekkość to nie tylko wolność i brak wyrzutów sumienia, to także brak pewności, brak wytycznych, brak wskazówek: jak żyć? dokąd zmierzać? Jak mówi "życie jest jak szkic, pociągnięty tylko lekko ołówkiem". To zaczyna go przerażać.
Teresa zmienia się pod wpływem Tomasza, rozkwita, zyskuje pewność siebie, ale i też cierpi z powodu zdrad Tomasza. Młodziutka Juliete Binoche (film powstał 20 lat temu!) świetnie zagrała: bywała nieporadna, z nieskoordynowanymi ruchami jak u dziecka, najczęściej smutna. Wzruszała mnie. Gdy do Pragi wkroczyły wojska w 1968 roku Teresa włącza się w protest: dokumentuje te straszne chwile. Już wie, że będzie fotografem. Chce robić zdjęcia, ważne zdjęcia.
Żaden z bohaterów filmu nie był zaangażowany w politykę. Ale polityka ingerowała w ich życie i to bardzo mocno. Tomasz, chcą pozostać wierny sobie traci najpierw pracę w szpitalu, potem w przychodni. Neurochirurg myje okna. Teresa pracuje w barze i tam dochodzi do pewnego zdarzenia, które jej pracodawca interpretuje jako pułapkę SB.
Teresa jest przerażona i tym co zrobiła, i ewentualna prowokacją. Błaga Tomasza by wyprowadzili się z Pragi. Przenoszą się na wieś i tam są szczęśliwi.
A kim jest Sabina? Zastanawiające, że na wielu plakatach filmowych czy okładkach książki Kundery, motywem pojawiającym się najczęściej jest melonik Sabiny.
Kochanka Tomasza to przeciwieństwo Teresy: wyzwolona, świadoma swego ciała, poszukująca rozkoszy cielesnej podobnie jak Tomasz. Melonik dla Tomasza, to ten wyróżniający Sabinę detal spośród innych kobiet. Czy jest dla niej maską? Czy może pokazuje jej prawdziwą twarz? Zauważyłam, że obok nakrycia głowy zawsze pojawia się lustro: albo ogromne, w którym Teresa się sobie przygląda albo jako element jej artystycznej twórczości. Melonik to także symbol przeszłości. Tylko czy wspomnienia o niej są dobre?
No i Karenin. Za każym razem, gdy oglądam film, płaczę.
* po czesku napisał: "Żart" , "Śmieszne miłości", "Życie jest gdzie indziej", "Walc pożegnalny" "Księgę śmiechu i zapomnienia" "Nieznośną lekkość bytu", "Nieśmiertelność" (polecam wszystkie, wręcz jako pozycje obowiązkowe :), choć "Nieśmiertelność" to jakby zapowiedź jego francuskich utworów.)
W czasie wakacji przyniosłam z biblioteki „Rebekę” Daphne du Maurier, z przeświadczeniem, że moja siostra z przyjemnością zagłębi się w tę miłosną historię. A ja ewentualnie odświeżę sobie to przyzwoite czytadło.
I jakież było moje zdumienie, gdy siostra zaczęła kręcić nosem, strasznie denerwowała ją główna bohaterka: naiwna do bólu, kompletnie bezradna – może to rzeczywiście nie jest już lektura dla młodej kobiety?
Nie przeczytałam więc tego po raz drugi (bałam się rozczarowania!), zaczaiłam się za to na film z 1939 roku w reżyserii Alfreda Hitchcocka. Główne role grają Joan Fontaine oraz Laurence Olivier. Ciekawostką jest fakt, że w filmie ani razu nie pada imię głównej bohaterki. W napisach końcowych występuje jako "Druga pani de Winter" (sic!). Hmm... to chyba rzeczywiście była szara myszka...
A propos myszek: to film nią już niestety trąci. Choć ja akurat nie uważam tego za wadę a wręcz przeciwnie. Ten film nie może być inny: Olivier musi być nadekspresyjny, Anderson w roli pani Danvers mocno diaboliczna, a biedna, bezimienna Joan Fontaine właśnie taka trzęsąca się ze strachu, beznadziejnie zakochana w wyniosłym Maxie.Moja ulubiona scena? Gdy druga pani de Winters schodzi po schodach w sukni skopiowanej z obrazu... I ona tak idzie i idzie, a ten jej mąż się nie odwraca i nie odwraca... och, ten Hitchcock :)))
Polecam, a ja szykuję się teraz na "Devdas".
Na nocnej szafce
Audiobook
Aleksandra Marinina
czyta: Roch Siemianowski
Wyzwania Literackie
Blogi Wyzwaniowe (aktualnie 3)
O mnie:
Zajrzyj
Archiwum
Moja lista blogów
-
Izabela Koba, Rita, kłopoty i ja.12 godzin temu
-
Aleksandra Sylwar: Gdybym miała miotacz płomieni13 godzin temu
-
"Stefcia i Antoni" - Joanna Adamek13 godzin temu
-
Kraków22 godziny temu
-
„Kowboje" Patrycja Mnich1 dzień temu
-
-
-
#rozmoWyliczanki: Tommy Wieringa1 tydzień temu
-
-
[Gra planszowa] Biddle, czyli rzucamy kostkami!4 tygodnie temu
-
-
-
-
Trzy filmy sensacyjne z Richardem Armitagem11 miesięcy temu
-
-
-
Pożegnanie1 rok temu
-
-
Islandia. Ludzie2 lata temu
-
Pożegnanie?4 lata temu
-
Anonse4 lata temu
-
-
Stephen Baxter - Proxima, Ultima6 lat temu
-
-
-
Londyn przez wieki7 lat temu
-
Kobieta w literaturze LXVI7 lat temu
-
Nowy adres7 lat temu
-
Nowy adres7 lat temu
-
PRZEPROWADZKA7 lat temu
-
Przeprowadzka7 lat temu
-
Przeprowadzka7 lat temu
-
-
Kim jest ślimak Sam ?7 lat temu
-
-
koniec blogowania tu i nowy adres7 lat temu
-
„Żmijowisko” - Wojciech Chmielarz8 lat temu
-
-
-
Zapraszam pod nowy adres.8 lat temu
-
Nawyki, Karl Ove Knausgård8 lat temu
-
-
Wojna, miłość i rak8 lat temu
-
-
-
Uwaga - zmiana adresu bloga!9 lat temu
-
Wielkie zmiany9 lat temu
-
-
LEONARD COHEN 1934 - 20169 lat temu
-
Rachel Abbott "Obce dziecko".10 lat temu
-
Ransom Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"10 lat temu
-
Dekada10 lat temu
-
Przemija postać złotego ludka10 lat temu
-
NIBY-POWROTY10 lat temu
-
-
-
-
-
Przypomnienie :)11 lat temu
-
Jak ja dawno tego nie robiłam….11 lat temu
-
Mariusz Czubaj - "Piąty beatles"11 lat temu
-
Wesołych!11 lat temu
-
Tylko Ciebie chcę - film11 lat temu
-
-
-
-
-
Winna!12 lat temu
-
Kłamstwo na kłamstwie13 lat temu
-
-
„Bodily Harm” – Margaret Atwood13 lat temu
-
Kanapki i Czarnomroki13 lat temu
-
-
Cześć i dzięki za ryby13 lat temu
-
Archipelag odsłona numer 9 !13 lat temu
-
-
Carlos Ruiz Zafón "Światła września"14 lat temu
-
No to ładnie15 lat temu
-
Dziwne losy Jane Eyre - Charlotte Brontë15 lat temu
-
Pięć na pięć:) Gry rodzinne...15 lat temu
-
Sentyment15 lat temu
-
ZMIANA ADRESU – PRZEPROWADZKA15 lat temu
-
Przeprowadzka16 lat temu
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-









