Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty

W skrócie  

Posted by Inblanco in ,

Jest kilka książek, które przeczytałam, ale to było tak dawno i nieprawda, że nie stworzę osobnej notki o każdej z nich. Zresztą, niekoniecznie wszystkie na takową zasługują. Ale zmotywowana prośbą Nenneke, wyciągnę z zakamarków niepamięci, co się da:)))


"Zdążyć przed zmrokiem" Tana French


No i cóż ja mogę napisać? Na moim ulubionym forum książka w zasadzie święciła triumfy, więc szykowałam się na ucztę, a dostały mi się raczej ochłapy z być może i suto zastawionego stołu, ale cóż z tego? Ochłapy to ochłapy, ukryć się nie da.
No dobrze, porzucając tę kuchenną metaforykę, postaram się wyjaśnić o co mi w ogóle chodzi.

Jak dla mnie ta powieść to przykład kryminału z pretensjami do bycia czymś więcej. Mamy bohatera z przeszłością, który w dzieciństwie przeżył prawdziwą traumę. Ryan jest teraz policjantem, któremu dostaje się sprawa powiązana zarówno miejscem jak i pewnymi okolicznościami z wydarzeniami, o których nasz stróż prawa wolałby nie pamiętać.
O tym, że śledztwo w zasadzie dotyka go osobiście wie jedynie partnerka z pracy Ryana, Cassie.
Obserwujemy zmagania bohatera z jego przeszłością, poczuciem winy, próbami wyjaśnienia dwóch tragedii: zniknięcia jego przyjaciół oraz morderstwa dziewczynki.

Tutaj zdecydowanie widać chęć autorki, by niepostrzeżenie zamienić gatunki: z powieści kryminalnej zrobić powieść psychologiczną. Tylko, że właśnie owo niezdecydowanie wyszło na złe Tanie French. Jako powieść kryminalna, dla mnie była, trochę zbyt męcząca w czytaniu. Jęczący Ryan nie pchał akcji na przód i szczerze mówiąc coś się tam zaczyna dziać dopiero w połowie książki. Do tego czasu wolno przedzierałam się przez stronice. Potem, gdy akcja ruszyła, było naprawdę nieźle.

No więc powieść psychologiczna? Tutaj z kolei reakcje bohaterów były zbyt... stereotypowe? Ich rozterki emocjonalne były najczęściej zwyczajnie oczywiste, chociaż kilka razy mnie pozytywnie zaskoczyła.

Jednakowoż... nie uważam tej książki za zupełną pomyłkę. Podobało mi się i to bardzo, że autorka zachowała zimną krew i nie zakończyła sentencją : i żyli długo i szczęśliwie. Bohaterowie ponoszą konsekwencje swoich głupich decyzji, tchórzostwa, chwili zapomnienia. I choć było mi ich żal, to uważam, że nie mogło się to inaczej skończyć.
Podsumowując: jak dla mnie za mało kryminału, za dużo szkolnej psychologii. Z pewnością nie jest to zła powieść, ale bardzo nierówna. Są świetne fragmenty, a są i takie, że ziewając zmuszałam się do towarzyszenia bohaterowi na kolejnej stronie.

Ale z chęcią przeczytam kolejną powieść pani French, mimo wszystko :)



"Czerń kruka" Ann Cleeves

Dobry kryminał. Sprawnie napisany, z budzącym grozę miejscem wydarzeń (oczywiście zasypanym śniegiem), gdzie przejmujące zimno ma wpływ i na przyrodę i na ludzi.
Sama fabuła, sposób jej prowadzenia, nie jest niczym nowym. Można nawet stwierdzić, że autorka także lubi skandynawską odmianę gatunku, chociaż Skandynawowie mają już tylu naśladowców, że w zasadzie trudno tu jednoznacznie wskazać źródło natchnienia... Mógłby to być i Simon Beckett, mogłaby i Anne Holt. To w zasadzie nieistotne, istotne natomiast jest to, że pisarka nie próbuje wykreować czegoś więcej ponad to, co obiecuje blurb na okładce:

Zimny noworoczny ranek. Na zasypanych śniegiem Szetlandach kruki krążą nad ciałem zamordowanej nastolatki. Strach paraliżuje spokojną osadę. Ludzie zamykają się w domach. Atmosfera podejrzliwości narasta. Wszyscy zgodnie osądzają winnym zbrodni upośledzonego umysłowo samotnika.
Śledztwo ma prowadzić inspektor Jimmy Perez. Po latach pracy w Szkocji wrócił na wyspy szukać zapomnienia. Wielkie dochodzenia już go nie ekscytują. Przestał zabiegać o sukcesy. Ale ta sprawa wywołuje w nim dawny dreszcz...
Otrzymałam więc dokładnie to, czego się spodziewałam. Przyzwoite kryminalne czytadło, ze szczyptą dreszczyku, ciekawie poprowadzonymi postaciami i zaskakującym finałem. Nic wyjątkowego, ale i na kawior się nie nastawiałam, że powrócę do porównań kulinarnych.

Hmm... Coś mi się zdaje, że czas na obiad?
:)

Bagnista Islandia  

Posted by Inblanco in , ,

Nim dostałam w ręce tę książkę, wyobraźnia była już od dłuższego czasu pobudzana zachwytami na forum kryminały i sensacje. Arnaldur Idridason rósł i rósł w moich oczach - niczym balonik lub piłka plażowa ;) Proces nadymania się autora na szczęście został zatrzymany przez przezorne wydawnictwo, które zdecydowało się ulżyć w mych cierpieniach poprzez prosty fakt wypuszczenia na rynek pierwszej części opowieści o inspektorze Erlendurze Sveinssonie.

Dawno mi się to nie zdarzyło, żebym od razu, w dniu premiery (ha! w przeddzień postanowiłam zadzwonić do księgarni i zapytać czy przypadkiem nie mają jej już w sprzedaży. Młody człowiek, o cokolwiek sennym głosie (to już powinno mi dać do myślenia, ale rozbestwiony konsumpcjonizm już szalał - nie do zatrzymania, jak tornado!) orzekł po wykonaniu kilku kliknięć w klawiaturę, że mają na stanie ten tytuł. Popędziłam, rozejrzałam się po sklepie i jak zbłąkana owieczka zapytałam sprzedawczynię o książkę. Okazało się , że owszem mają "W bagnie" ale w transporcie. Do sklepu trafi pod sam wieczór! Na drugi dzień rano pies był bardzo zdziwiony wczesną porą drugiego spaceru i kierunkiem tegoż.
Kupiłam i w ten sam dzień przeczytałam.

I jak to bywa z tak nadętymi oczekiwaniami okazały się cokolwiek na wyrost. To z pewnością nie jest islandzka wersja Mankella. Idridason ma zupełnie inny styl tworzenia: suche, krótkie zdania. Brak postaci, których los mógłby nas zainteresować i poruszyć. Główny bohater pozostał dla mnie obcy, nawet gdy zamykałam książkę a przecież towarzyszyłam mu przez 300 stron! Problemy inspektora są, jakby tu rzec, standardowe: rozwodnik, dwoje dzieci z którymi w zasadzie nie ma kontaktu, samotnie zajadający w domu kolacje, którą kupił gdzieś na mieście. Zimno, mokro, ponuro. I w przyrodzie i w duszy.

Akcja zaczyna się od znalezienia zwłok Holberga, starszego mężczyzny, który zmarł w wyniku urazu głowy. Na zwłokach zabójca położył kartkę z dziwnym zdaniem, które autor zdradza dopiero po jakimś czasie. I ten chwyt mi się nawet podobał, bo strasznie byłam ciekawa, co też tam jest nabazgrane? Dlaczego tak to przykuło uwagę inspektora?
Śledztwo prowadzi do nieprzyjemnych dla denata wniosków: był szują i było kilka osób, które mogły chcieć jego śmierci. Ludzie, których los powiązał z Holbergiem zazwyczaj źle na tym wychodzili. Czytelnicy dowiadują się o tych nieszczęśnikach coraz więcej i coraz bardziej kibicują zabójcy Holberga...

Niby wszystko w tej powieści jest na swoim miejscu. Niby jest logicznie poprowadzona intryga, teoretycznie ciekawa fabuła, ale ciąży mi brak bohatera, którego bym polubiła. Erlendur jest... nijaki, nawet z swoimi problemami z córką narkomanką. Nudny i nieciekawy. Taka jakaś zimna ryba.

Islandia jest wyraźniejsza w książce Idridason niż u Yrsy Siguardottir. Ja przynajmniej tak to odbieram. Jednak obraz, który teraz mi się maluje w wyobraźni, raczej mnie odstręcza od tego miejsca. Może to jednak wina filmu?


Bo po przeczytaniu książki obejrzałam film, nakręcony na podstawie tego utworu Idridasona. "Bagno" w reżyserii Baltasara Kormákura jest jednym z najbardziej przygnębiających filmów, jaki widziałam w życiu. Zdecydowanie reżyser postawił na stylistykę naturalistyczną i wszystko jest w tym obrazie odpychające. Począwszy od ludzi, skończywszy na przyrodzie.
Bohaterowie są paskudni zewnętrznie (tak brzydkiej kobiety, która grała policjantkę, już dawno nie widziałam) a jak do tego trafi się jeszcze brzydki charakter to mamy maszkarę pełną gębą na ekranie telewizora.
Inspektor mieszka w przygnębiająco bezosobowym blokowisku, gdzie nawet czystość na klatkach sprawia wrażenie szpitalnej sterylności. Gdy bohater wchodził do swojego mieszkania zwyczajnie mu współczułam: dom powinien być miejscem ciepłym, pachnącym obiadem lub ciastem, rozbrzmiewającym głosami a Erlendur zamiast tego trafia do noclegowni. On moim zdaniem nie miał domu, a jedynie miejsce, w którym może przekimać do rana i znowu iść do pracy.

Jedna z mocniejszych scen tego filmu, to moment, gdy Erlendur spożywa swój posiłek. Obraz utrzymany w różnych barwach szarości a inspektor zajada coś w kolorze brei. Nie zdradzę, co to było, by nie psuć ... "przyjemności" oglądania. Dla ludzi o silnych nerwach! Obrzydliwe acz hipnotyzujące.

Ale to wszystko moim zdaniem sprawiło, że film jest zdecydowanie lepszy od książki! Mocny, wyrazisty, bezkompromisowy.
Fabuła odrobinę się różni od pierwowzoru, ale moim zdaniem to tylko wyszło na lepsze filmowi. Tutaj co prawda też nie polubiłam Erlandura, choć wydał mi się bardziej ludzki niż w książce, za to postać młodszego detektywa, może zbyt nachalnie pokazana jako "swojski chłop", jednak wzbudziła moją sympatię. I lubię go chyba też za to, że dzięki niemu uśmiechnęłam się dwa razy w tym filmie. Raz, gdy prowadził "wywiad", drugi raz, gdy "gonił' łysego potwora. "Bagno" to taki film, gdzie uśmiech, wierzcie mi, to coś jak wybryk natury. Dlatego tak dobrze zapamiętałam owe zaskakujące epizody.

Gdy wyjdzie kolejny Idridason już go nie kupię. Ale jeśli w bibliotece się pojawi, to z pewnością go wypożyczę. Film polecam, choć nie na niedzielne popołudnie. Ja oglądałam go w nocy i gdy skończyłam było parę minut po dwunastej. Wiedziałam, że nie dam rady zasnąć po tej dawce naturalizmu w czystej postaci, musiałam znaleźć jakiś odstresacz. "Gilmore girls" ze swoim lukrem ponad miarę zdały egzamin śpiewająco. O pierwszej w nocy, po łyknięciu jednego odcinka, mogłam położyć się spać.

Aha, gdyby ktoś mi chciał zafundować wycieczkę do Islandii - dziękuję, nie skorzystam. Ja słaba kobita jestem...

"Dziewczyna, która igrała z ogniem" Stieg Larsson  

Posted by Inblanco in ,


To mogłaby być opowieść o tym, jak pewien kryminał podziałał kojąco i terapeutycznie. Po zanurzeniu się w bezwzględnym obrazie Szwecji jaki mi zafundował Zaremba w "Polskim hydrauliku" potrzebowałam natychmiast jakiegoś mocnego kontrapunktu, jakiejś bajeczki o kraju Wallandera i proszę, Larsson mi ją podarował. "Dziewczyna, która igrała z ogniem" to przy Zarembie łagodne bajanie o kraju, w którym, i owszem, mieszkają źli ludzie, ale gdzie im tam do demoralizacji bohaterów Zaremby... brrr...

To mogłaby być właśnie taka opowieść, ale nie będzie. Będzie za to o podniesieniu pluszowej, czerwonej zasłony i o tym, co za nią ujrzałam.

Taa... lubię Larssona. Zarówno pierwsza część trylogii Millenium, jak i druga, bardzo mi się podobała. Obie przyjemnie długaśne, pozwalają poznać bohaterów i ich mikroświat.
Pierwsza część skupiała się na Blomkviście, druga ma za to na celowniku Lisbet Salander.
Akcja, tradycyjnie już, nie rusza z kopyta od pierwszej strony. Tutaj na wprowadzenie autor potrzebował jakiś 200 stron! Ale jak to się czyta... przy 300 stronie jest już tak, że niecierpliwie kartkowałam książkę, by sprawdzić, co będzie dalej i kiedy pojawi się ten bohater, którego niecierpliwie wypatrywałam. Dystans 150 stron to była mordęga - ale się doczekałam! :)

Nie chcę pisać entej recenzji wychwalającej "Dziewczyny, która igrała z ogniem", bo to się mija z celem. Ja się o tym już naczytałam w prasie, internecie.
Ci, którzy polubili pierwszą część trylogii Larssona dostają do ręki równie dobry produkt; ci którym ten styl nie przypadł do gustu, powinni sobie darować i to tomiszcze, bo ja nie dostrzegam zasadniczych różnic pomiędzy tymi dwoma tytułami.

Dla mnie była to doskonała rozrywka, z odpowiednim tempem wydarzeń, w miarę lubianymi bohaterami i dobrze poprowadzonym wątkiem kryminalnym. Czyta się znakomicie, chociaż mogę też zrozumieć argumenty przeciwników, że za długie, za rozwlekłe, bohaterowie plastikowi i rodem z anime. Dostrzegam problem, ale że, egoistycznie mówiąc, nie mój ci on, to nadal pałam miłością do dzieł Larssona.

Czas jednak na powrót do pluszowej, czerwonej zasłony. Podniosłam jej rąbek już w "Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet", ale szybko się wycofałam. Tym razem kotara rozsunęła się z ogłuszającym, metalicznym dźwiękiem i oślepiło mnie neonowe światło.
Bo oto, moi mili, ukazał się moim oczom szwedzki sex shop...

Nie macie wrażenia, że Lisbeth to taka lateksowa zabawka autora?
Niezależna, mądra, odważna, nieprzewidywalna, biseksualna i otwarta na nowe doznania. A już jak zafundowała sobie operację plastyczną, no to wymiękłam... Marzenie każdego faceta, któremu nad głową gdera przewidywalna do bólu żonka... czyż nie?
I to tyle na temat wiarygodności tej postaci P:) Abstrahując od sceny w lesie (sic!).
Albo Erika? Kolejny twór, którego nie pojmuję. Małżonek akceptuje zdrady, ba! zgadza się na trójkącik, a Erikę podnieca myśl o mężu pieszczonym przez innego mężczyznę... Dobra. To nie kwestia pruderii (taką mam nadzieję:) - ale nikt mi nie wmówi, że taka sytuacja nie byłaby podstawą do kłótni, zazdrości, awantur. No nie wierzę i już.

Po lekturze reportaży Zaremby śmiem twierdzić, że to rozbuchanie seksualne bohaterów, ta "skaza" Szwedów, zresztą nie jedyna, to efekt tego, o czym tak pięknie acz wstrząsająco pisze autor "Polskiego hydraulika". Jaka jest więc tego przyczyna? Ha! Dobrobyt! Uwierzylibyście? Ofiary dostatniego życia...
Innymi słowy, cytując podwórkowego klasyka, pana Józka: "Pani, w dupach im się poprzewracało". Trafnie i dosadnie. Pasuje do świata stworzonego przez Larssona, ale za cholerę nie przystaje do tego, o czym pisze Zaremba. Bo tamta Szwecja nijak się ma do ludowych mądrości, którymi można by ją sobie "oswoić" i nawet pan Józek nie sprosta wyzwaniu, ale o tym innym razem.

Detektivka story  

Posted by Inblanco in ,

Maj miał być miesiącem Larssona. I w zasadzie jest, bo łypie na mnie z półki ta grubaśna część druga opisująca przygody Lisbeth i Blomkvista, ale zostawiam ją sobie na deser lub tzw. gorsze czasy. Mole książkowe znają z pewnością to uczucie, gdy wyczekiwaną książkę odkłada się na później, by móc się delektować myślą, że w razie jakiejś katastrofy, typu: "O, Boże ja nie mam nic do czytania &%^!!!" można zapobiec nieuchronnej tragedii, sięgając właśnie do takich rezerw.
Tez tak macie, prawda?

Mimo, że nie było Larssona w tym miesiącu, to i tak było kryminalnie. Rankin, Lippman, Gerritsen i Newman. To chyba wszyscy?

Zdecydowanie wygrywa ten pojedynek... Ian Rankin! Za wykreowanie bohatera, któremu wierzę i kibicuję w jego walce z przełożonymi i światem przestępczym (i chyba nawet w tej kolejności;). Nie przeszkadza mi nawet aż tak bardzo wydawanie tej serii sposobem na konika szachowego, bo niedawno czytałam jak Rebus wrócił z pogrzebu swego brata, by w najnowszej części doświadczyć zmartwychwstania Michela Rebusa. Dziwaczne, ale powieść tak bardzo mi się podobała, że postanowiłam się tymi decyzjami wydawniczymi nie przejmować. Ale że durnowata to polityka, to inna sprawa.
"Czarna księga" jest świetna, Edynburg z zatłoczoną ulicą Princess Street jak zwykle klimatyczny, przestępcy bywają diaboliczni a dociekliwy Rebus zmaga się ze zbrodnią sprzed pięciu lat, w którą zamieszani są wpływowi ludzie. Trzeba więc będzie uważać, bo wyraźnie powrotem do tej sprawy detektyw nastąpił komuś na odcisk...





Lippman wydała kilka powieści, w których główną bohaterką jest prywatna detektyw Tess Monaghan. Oczywiście i w tym przypadku nie można liczyć na to, że wydawnictwo (tym razem Amber) zachowa chronologię. Wiem, że stara to śpiewka, ale... no ludzie!
"Ostatnie miejsce" jest kryminałem, który długo się rozkręca. Troszeczkę za długo. Sprawa, którą dostaje Tess jest dziwaczna już na samym wstępie, a gdy poznamy prawdziwego zleceniodawcę i cel, który mu przyświecał, to ręce opadają. Słowem intryga mocna naciągana, ale ratuje tę książkę amerykańska prowincja, po której bohaterce przyjdzie wojażować i której obraz autorka odmalowała z talentem. Poza tym? Czytanie "Ostatniego miejsca" nie boli, ale to przeciętny produkt. A szkoda.


"Bal absolwentów" Ruth Newman miał u nas sporą reklamę. Na plakatach pojawiała się informacja, że książka w Polsce ukazuje się przed premierą w Wielkiej Brytanii, z której autorka pochodzi. Mnie to zaintrygowało, bo to raczej niespotykana sytuacja? Oczywiście, na afiszach stało również, że zakończenie jest mocno zaskakujące.
No cóż, jak sądzę to zakończenie (klasyk nad klasykami!) to miał być główny atut tej powieści, a skoro nie wypaliło, to cóż nam zostało? Studenckie życie, Oxford i psychiatryczne zagadnienia. Jak dla mnie trochę mało, ale nie żałuje, że to przeczytałam.




I została mi już tylko Gerritsen ze swoim "Chirurgiem". Czytania na jeden wieczór, bez obietnicy obcowania z wielką literaturą, mimo to sprawnie i bez zadęcia. Co prawda, nie pamiętam już dokładnie, co się działo i dlaczego, ale pamiętam, że czytałam z zainteresowaniem :) Dużo dialogów, trochę makabry, narwane kobiety policjantki i sprawne pióro. Typowa literatura wagonowa, z całym jej bagażem doświadczeń, zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Szybka akcja, stereotypowe postaci, przestępca z piekła rodem, koszmarna okładka i... nawet człowiek nie wie, kiedy dojechał do stacji docelowej. I oto chodzi.


A na deser mała próbka Rebusa w wersji naszych południowych sąsiadów. Poczytajcie, jak Rebus mówi po czesku:
"Jste to vy, Clarkeová?"
"Ano, pane" Poslední človĕk, kterého by očekávala: John Rebus. Blížila se ke koupelnĕ.
"Ve sluchátku to hroznĕ šumí," stĕžoval si Rebus.
"Jen jsem zavírala vodu ve vanĕ"
"Kristepane, vy jste právĕ ve-"
"Ne, pane, ještĕ ne. Mám bezdrátový telefon."
"Tyhle vĕcičky nenávidím. Pĕt minut s nĕkým mluvíte, a potom slyšíte, jak
splachuje. Hm, omlouvám se... Kolik je hodin?"


znaki fonetyczne:
á, í, é, ý – długie samogłoski
ĕ – [ie]
č – [cz]
ž – [rz]
š – [sz]


Czytelnicy gazetowego forum "kryminały i sensacje" mieli już okazję się z tym fragmentem zapoznać, ale jest tak śliczny, że postanowiłam go jeszcze upamiętnić na blogu.

Dla porównania wersja polska:

- To ty, Clarke?
- Tak, sir. - Dzwoniła osoba, której się spodziewała, czyli inspektor John Rebus. Siobhan przeszła przez mieszkanie do łazienki.
- Okropne zakłócenia - zauważył
- Zakręcam wodę w łazience.
- Jezu, jesteś w ...
- Nie, sir. jeszcze nie. To telefon bezprzewodowy.
- Nienawidzę tych wynalazków. Rozmawiasz z kimś przez pięć minut, a potem słyszysz, jak spuszcza wodę. Okropność. A która to godzina?


Kursywą zaznaczone dwa fragmenty, które się różnią. "Poslední" to w języku czeskim "ostatni". Po polsku to zdanie powinno więc brzmieć: Ostatni człowiek, którego by się spodziewała. A brzmi? No właśnie:)
Ciekawe, kto ma rację? Tłumacz polski czy czeski? Ja obstawiam Czecha.

"W proch się obrócisz" Yrsa Sigurdardottir  

Posted by Inblanco in ,


To już trzecia powieść islandzkiej pisarki, która ukazała się na polskim rynku i którą miałam przyjemność przeczytać.
"Trzeci znak", "Weź moją duszę" i "W proch się obrócisz" to trylogia, którą łączy postać głównej bohaterki. A jest nią energiczna, pełna werwy i dystansu do siebie Thora. Młoda mama i babcia, rozwódka, prawniczka - choć pewnie powinnam te cechy wymienić w innej kolejności, bo pewnie Thora postawiłaby akcent w innym miejscu.

Kryminały Yrsy Sigurdardottir podążają popularnym ostatnio nurtem, również i moim ulubionym, gdzie oprócz śledztwa ważne jest także życie prywatne bohatera: detektyw przecież ma marzenia, obawy, lęki, nałogi... spotyka się z przyjaciółmi, przeżywa kolejne miłości, rodzą mu się dzieci itd. Na szczęście islandzka autorka nie zamieniła przygód Thory w romans czy obyczajówkę z wątkiem kryminalnym, bo przecież łatwo byłoby zmienić punkt ciężkości.
To wciąż kryminał, z obowiązkowym trupem/trupami i główny nacisk położony został na to: kto i dlaczego zabił?

Moim zdaniem Sigurdardottir nie zmienia się, co może być postrzegane jako wada lub zaleta. Zaleta pewnie jest taka, że czytelnik jej wcześniejszych powieści _dokładnie_ wie, czego może się spodziewać. To miłe, gdy np. zastanawiasz się nad wybraniem powieści do pociągu. Yrsa to pewniak, ja też bym po nią sięgnęła.
Ale... czy jednak odrobina zaskoczenia nie jest potrzebna czytelnikowi? Moim zdaniem taki Mankell, dla mnie mistrz, a nawet Mistrz, ewoluował z powieści na powieść. Zaczynał poprawnie a potem (moim zdaniem od tomu 5) było zjawiskowo. Z każdą częścią był lepszy. Jak to możliwe? U Yrsy tego nie ma. Jest wciąż taka sama. Dobra, acz przeciętna.

Mamy taką samą konstrukcję powieści, zestaw stałych bohaterów: dzieci, w tle niemiecki przystojniak, współpracownicy z kancelarii ale nowością w "W proch się obrócisz" jest eksploatowanie Belli. Jednak w tym wypadku uważam, że rozrysowanie tej postaci, wcześniej nakreślonej grubymi kreskami, nie wyszło dobrze autorce. Bella była jaka była, ale człowiek się mógł zastanawiać nad etykietką: chamka? idiotka? wariatka? stuknięta i głupia jednocześnie?
A może coś innego? Gdy Bella zstępuje z krainy mroku, jej postać staje się... trywialna. I ja już wsadziłam ją do szufladki a rozwiązanie zagadki pt. "Bella" okazało się mało satysfakcjonujące.

Yrsa nawet podobnie buduje zagadkę kryminalną. Zauważyliście, że u niej zawsze pojawia się jakieś zdarzenie z przeszłości? Tragedia albo zbrodnia z dawnych lat? Tak jest i tym razem. Tradycyjnie już prawniczka będzie rozgrzebywać cudzą przeszłość, by wyjaśnić co stało się 30 lat temu i czy nie ma to związku z morderstwem z 2007 roku.

Więc? Nie wiem, jak autorka to robi, ale mnie uwiodła po raz kolejny, choć nadal za najlepszą jej powieść uważam "Weź moją duszę". Cały czas się zastanawiam, gdzie tkwi haczyk na który wciąż się daję złapać? Może to faktycznie Islandia? Może postać głównej bohaterki, którą lubię za jej... zwyczajność? Bo to żadna heroina nie jest, ani wściekle inteligentna ani zabójczo piękna czy bogata. Normalna kobieta, miła, często zmęczona bo walcząca z codziennością, często zaganiana. Może więc to to? :)

Akcja toczy się głównie na wyspie Heimaey, która w 1973 roku została prawie doszczętnie zniszczona przez erupcję wulkanu:

23 stycznia o godz. 1,55 powstało małe trzęsienie ziemi, a zaraz potem wybuch wulkanu Helgafell, wygasłego od 5 000 lat. Na wschodnim brzegu wyspy utworzyła się szpalta długości 1 800 m, a z 40 miejsc wybuchały fontanny lawy, spływającej później strumieniami do oceanu. Przerażona ludność wyspy (5 273 osoby) natychmiast rozpoczęła ewakuację. Na szczęście, z powodu złej pogody rybacy nie wypłynęli na połów i w porcie były wszystkie łodzie i statki. Bez paniki zabierano najpierw kobiety, dzieci i starców. Wezwano na pomoc wszystkie statki przepływające w pobliżu. Z Reykjavíku wysłano również statki i samoloty, także z bazy NATO w Keflavíku. Przewożono nimi pacjentów i pracowników szpitala. Na lotnisku panował duży ruch, gdyż lawa zbliżała się coraz bardziej, bez przerwy lądowały i startowały samoloty islandzkie i amerykańskie.(...)
22 marca lawa dotarła do miasta, przerwała wał ochronny i zniszczyła 60 domów. Do końca marca, z 1 200 domów w mieście, zniszczyła 380. Szczęśliwie, stygnąca lawa utworzyła wysoką barierę, która skierowała gorący strumień do oceanu. Wylewająca się lawa przestała już zagrażać miastu i portowi.W miarę stygnięcia lawy zaczęto czyścić ulice, a domy odbudowywać.

Właśnie to zdarzenie umiejętnie wykorzystuje Yrsa, umieszczając wiele wydarzeń w trakcie wybuchu wulkanu. Gdy archeolodzy odsłaniają kolejne domy okazuje się, że w jednym z nich znajdują się zwłoki 3 osób i jedna głowa pozbawiona korpusu... Co się stało? Kiedy popełniona została zbrodnia? Kto zginął?

Książkę polecam, bo to stara, dobra Yrsa. Bywa ciekawie, bywa też niestety nudno. I dziwnie. Czemu Thora odwala pracę policji? W zasadzie ona prowadzi śledztwo a organy ścigania podążają leniwie jej śladem... No i te poszukiwania u źródeł: wyjazd, rozmowa, zdobyty fragment układanki, kolejne pytania, powrót. I znowu: wyjazd, rozmowa, zdobyty fragment układanki, kolejne pytania, powrót. I znowu... monotonnie, prawda?

Ale czytałam z przyjemnością i z chęcią pokibicuję Thorze przy kolejnym śledztwie. W 2008 roku ukazała się czwarta część przygód pani prawnik pt. Veins of Ice. Mam nadzieję, że Muza i ten tytuł wyda.

Tess Gerritsen, czyli pochwała audiobooków  

Posted by Inblanco in , ,

Kiedyś próbowałam czytać Robina Cooka, ale okazało się, że inaczej postrzegamy zjawisko książki czysto rozrywkowej, więc nasza znajomość trwała niezwykle krótko. Natomiast reklamowana jako jego konkurentka w dziedzinie thrillera medycznego (ki diabeł?) zdecydowanie bardziej mi przypadła do gustu w tych ciężkich czasach.

Zaczęłam nietypowo, od ostatniej części z cyklu Jane Rizzoli / Maura Isles czyli od Klubu Mefista.

Nietypowo, bo choć wydawnictwa przyzwyczaiły nas do wydawania kolejnych powieści w sobie tylko znanym porządku (Marinina, Mankell) niestety lata świetlne od logicznego przecież porządku chronologicznego, to tym razem ja sama zaczęłam przygodę z panią detektyw Rizzoli i doktor Isles od końca.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że po prostu dostałam tego audiobooka a potem drugiego i taki a nie inny porządek został mi narzucony. Hm.. wychodzi na to, że to znowu wina wydawcy... ;))) Bo nie mógł wydawać audiobooków we właściwej kolejności? Nic to.


Część VI czyli "Klub Mefista"
czyta Marian Opania (12 godz. 21 min)

Podobne trochę do ... Kodu Leonarda da Vinci. Spiski, wpływ możnych na funkcjonowanie świata, grupa ludzi walcząca ze złem. Trochę siarki, trochę niedomówień i mamy całkiem znośny thriller ;) Interpretacja Opanii świetna. Nie wiem, czy wersję papierowa czytałoby mi się równie świetnie, jak słuchało wersję audio, ale odpoczywałam zakładając słuchawki i dowiadując się, co tam nowego u Jane i Maury.


Część V czyli "Autopsja"
czyta Maria maj (10 godz. 2 min.)

Na początku nie mogłam się przyzwyczaić do monotonnego głosu lektorki. Myślałam, że przez nią nie uda mi się wysłuchać do końca kolejnej odsłony przygód niezłomnej pary z bostońskiej policji. Ale w końcu się przyzwyczaiłam, choć brak Opanii odczuwałam do końca tej historii.
Tym razem główny watek to nielegalny handel żywym towarem i brudy świata polityki. Wciągające, choć w niektórych miejscach nielogiczne. Pewnie po to, by autorka mogła do końca trzymać czytelnika w niepewności, kto jest tym złym.


Część III czyli "Grzesznik"
czytałam ja sama, (4 godz. z hakiem)

Tym razem lektor bez zarzutu ;) A zbrodnia wydarzyła się w odizolowanym od świata zakonie. Ofiarą przemocy padają dwie zakonnice i na miejsce wysłane zostają Maura i Jane. Podczas sekcji doktor Isles dokonuje wstrząsających odkryć (wstrząsających oczywiście dla purytańskich Amerykanów).


To, co mi się podobało to brak komplikacji w budowaniu charakterystyki głównych postaci, czyli Jane i Maury. Mamy twardą policjantkę i chłodną panią koroner. Pierwsza walczy do upadłego o miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, druga raczej nie potrzebuje już niczego udowadniać. Para zbudowana na zasadzie kontrastu zawsze sie sprawdza :)
Dziwnie poznawało się te bohaterki, bo zaczęłam od ostatniego stadium ich metamorfozy. Chociaż pisząc ich, popełniam nadużycie, bardziej dotyczy to Jane niż Maury, której życie prywatne przewraca się do góry nogami... o tym pewnie będzie w kolejnym tomie.

To typowa literatura wagonowa, z nastawieniem na szybkie zwroty akcji. Bez głębokich analiz, bez misji zbawienia świata i z nastawieniem na kasę. Na doła jak znalazł. W innym przypadku szkoda czasu. Ja bawiłam się doskonale. Wnioski? No właśnie...

Polecam więc i nie polecam. W zależności od sytuacji:)

Kryminalny tydzień  

Posted by Inblanco in ,

Za mną nowy Rebus, nowa Lippman i wyczekiwana najbardziej "Roseanna" pary Sjowall i Wahloo.Wszystkie mi się podobały, chociaż Lippman była zdecydowanie inna a i szwedzki duet mnie nieco zaskoczył.

Ian Rankin "Memento Mori"

Doskonale czytało mi się kolejną odsłonę przygód bezkompromisowego detektywa* Rebusa i jego koleżanki Siobhan. Tym razem autor umieścił akcję w zagęszczonym od tłumu przeciwników szczytu G8 Edynburgu, pogroził palcem Geldolfowi i Bono, których chyba uważa za nieszczerych w swoich intencjach, a przy okazji ponabijał się z Busha (łatwizna, wiem). Pamiętacie historię, gdy podczas tego szczytu George B. miał stłuczkę rowerową w wyniku zderzenia z policjantem? I chodził z plastrem na łokciu? Rankin to wykorzystał i oczywiście zamieszał w to naszych bohaterów, chociaż zmienił trochę fakty. Odrobinę. A jak? Przeczytajcie "Memento Mori".
Dla mnie było to bardzo miłe spotkanie ze starymi znajomymi, którzy niewiele się zmieniają. Tylko tyle, ile to konieczne. Świetnie napisane, z upalnym Edynburgiem w tle, z doskonale uchwyconą hipokryzją polityków i różnej maści biznesmenów. Czyta się!

"Wzgórze rzeźnika" Laura Lippman

Zarówno "To, co ukryte" jak i "Co wiedzą zmarli" Lippman były do siebie w pewien sposób podobne. I przy tym inne od tego, co dostępne na rynku. Podobała mi się pasja autorki, z którą opisywała obsesje ofiar, przestępców, policjantów. Czasami właśnie owa psychologiczna układanka, którą nam wręczała pisarka brała górę nad klasycznym poszukiwaniem zabójcy.

Tym razem jest inaczej, bardziej typowo. Czy to znaczy, że gorzej? Nie, ale Lippman stała się jedną z wielu dobrych autorów kryminalnych, a sądziłam, że zmierza w nieco innym kierunku.
Niemniej opowieść o Tess, która jest główna postacią "Wzgórza rzeźnika" to dobra książka. Zwłaszcza, jak już coś się zacznie dziać... bo do pewnego momentu czytałam tylko błahą opowiastkę nie wiadomo o czym. O rodzącej się przyjaźni? O dziwacznej rodzinie Tess? Dopiero, gdy akcja nabiera rumieńców, w moim mniemaniu nieudany początek zostaje zrehabilitowany.
Zwyczajna opowieść o zbrodni. Mogło być lepiej, ale źle z pewnością nie jest.

"Roseanna" Maj Sjowall, Per Wahloo

No i wyczekiwani z utęsknieniem: Sjowall i Wahloo. Każdy, kto czytał "Zamknięty pokój" "Śmiejącego się policjanta" czy "Jak kamień w wodę" wie o jakiej tęsknocie piszę... ;)
Bo Martin Beck to duchowy protoplasta Wallandera, a sam Mankell z pewnością wiele zawdzięcza stylowi pisarskiej pary. Oszczędny styl, konstrukcja bohatera, sposób rozwiązywania zagadek, ukazanie pracy policji... Panie i panowie: Mankell nie był pierwszy.
"Roseanna" mnie jednak troszeczkę rozczarowała. Ale od razu powiem, że to tylko i wyłącznie moja wina. Tak się naczekałam na kolejną powieść tego duety, że oczekiwania miałam ... ogromne:)
A dostałam do reki poprawnie napisany kryminał, z wszystkimi cechami skandynawskiej odmiany gatunku. Czego się więc czepiam? Bo od mistrzów zawsze wymaga się więcej :)
Powieść została napisana w latach 60 ubiegłego wieku i to jej kolejny walor, jak dla mnie. Czyta się to ze zdumieniem, jak to ludzie sobie radzili bez komórek, internetu, komputerów:) Jak policjanci są zachwyceni rozmową telefoniczną z amerykańskim kolegą po fachu( rozmowa przez ocean!).
Jak to niewiele kiedyś potrzeba było do szczęścia. Nie to co dzisiaj. Zblazowani jesteśmy? Cena postępu cywilizacyjnego? ;)

Łyżka dziegdziu:
do szewskiej pasji doprowadzała mnie jedna rzecz: mizoginizm bohatera. Jego żona nie występuje pod innym mianem jak tylko per "małżonka": "Małżonka przygotowała śniadanie. Małżonka się znowu piekli. Małżonka to... małżonka tamto..." rany! Ta biedna kobieta nie ma ani imienia, ani osobowości. Jest w oczach męża narzucająca się gderliwą kura domową. Nie dostała szansy na swoją obronę.
Ale fakt pozostaje faktem, że właśnie ta forma była uderzająca: beznamiętnie odmieniane słowo "małżonka"...


* mimo uwielbienia dla gatunku i zaczytywania się w nim czasami bez umiaru, nie potrafię nigdy zapamiętać, który z bohaterów to inspektor, który detektyw a który komisarz czy inny podporucznik srucznik. Gdybym się zastanowiła, to pewnie powiązałabym stopnie z nazwiskami, ale łatwiej mi stosować słowo wytrych: detektyw. Puryści niech mi więc wybaczą te potknięcia i wrzucenie wszystkich do jednego worka. Najważniejsze, że zazwyczaj stoję po stronie policji. Chociaż w "Szybkim cashu" jest inaczej :) Opowiem o tym później.

"Fałszywy dowód" Donna Leon  

Posted by Inblanco in ,


To już 13 wydana po polsku książka o Brunettim. Dużo tego, prawda? Ale ja ani przez moment nie czułam się znudzona czy to postaciami, które wykreowała autorka czy to miastem, które opisuje z miłością, bynajmniej nie ślepą. No i jedzenie! Nikt nie pisze tak pięknie o zwykłych pomidorach, cukinii, bakłażanach, oliwie...
Czekam na każde wyjście detektywa do domu na obiad, by dowiedzieć się, jakie to danie tym razem zaserwuje niepokorna Paola? Z jakim winem będą komponować się owe potrawy? I co poda na deser? (ja w tym czasie udaję, że się delektuję jakąś nędzną namiastką. Oto jedno z niebezpieczeństw, bowiem te książki ... tuczą. Powinny być sprzedawane z właściwym ostrzeżeniem. Dbasz o linię? Zapomnij o Leon!)

Ale oprócz zaproszenia na obiad Leon zaprasza do smutnego w gruncie rzeczy analizowania ludzkiej natury: obnaża słabości, przywary i wady. U niej rzadko pojawiają się spektakularne zbrodnie, masakry, seryjni mordercy. Przestępstwo może więc czaić się za każdym rogiem? Niestety tak, bo do zbrodni popychać może coś, co na co dzień jest zwykłą wadą: złość, zazdrość, niecierpliwość... Czasami wystarczy impuls, by negatywne emocje wzięły górę.
Brakuje więc mrożących krew w żyłach pościgów czy zwrotów akcji. Rozwiązaniu zagadki sprzyjają bowiem rozmowy z wieloma ludźmi, tymi, którzy mogą być podejrzani i tymi, którzy mogli być świadkami. A to pan z kiosku, pani z kawiarni, sprzedawca ryb. Pomalutku, ale interesująco. I prosto do celu ;)

Leon jest bezlitosna także jeśli chodzi o włoskie życie publiczne: biurokracja, nepotyzm, łapówkarstwo... Obrywa się w każdym tomie włoskim instytucjom, urzędom i włoskiej mentalności. Pewnie dlatego nie wychodzą te książki w języku Brunettiego... Autorka bałaby się wyjść na rynek po zakupy.
Tym razem na warsztat wzięła między innymi oświatę, a także permanentne zjawisko przesuwania nieudaczników z jednego dobrze płatnego stanowiska na drugie. Nieważne ile nawyrządzałeś szkód swoim brakiem profesjonalizmu, ważne ilu masz oddanych kolegów. Bo właśnie tacy decydują o tym, kto dostaje dobrze płatną pracę. A że przy tym wpływa to na całokształt państwa? Kto by się przejmował ilu durniów zasiada na wysokich stołkach? I ile kretyńskich decyzji wyda? No właśnie. Okazuje się, że niewiele osób.

I niestety, to zjawisko to nie tylko niewesoły element współczesnych Włoch, bo i nam jest znajome... Zaprzeczyć się nie da. Pierwszy z brzegu przykład: taki pan Listkiewicz, który nie mógł się zdecydować i nie zna chyba pojęcia "dotrzymać słowa" : rezygnuję, nie rezygnuję, rezygnuję, nie rezygnuję... Czy taka postać i jej niezwykłe przypadki można by było sobie wymyślić? W życiu! Zakrzyczelibyśmy autora, że to nie prawdopodobne i niewiarygodne...

Słyszycie ten chichot?

"Fałszywy dowód" to typowa Leon. Bez wzlotów, ale i bez upadków, podobało mi się.
Czekam z niecierpliwością na kolejny spacer z Brunettim i Vianello po ciasnych uliczkach Wenecji.

"Chemia śmierci" Simon Beckett  

Posted by Inblanco in ,


Taki sobie kryminał. Ze skłonnością do makabry i rozwiązań rodem z wodewilu, co się nieco gryzie. Po trzech dniach w zasadzie zapomniałam kim był główny bohater, pamiętam za to do teraz o prześmiesznej dla mnie scenie kulminacyjnej: gdy czarny charakter się ujawnia. A chyba nie o to chodziło autorowi, by właśnie wtedy czytelnik parskał śmiechem...

Akcja toczy się na brytyjskiej prowincji, ale równie dobrze mogłaby to być amerykańska, szwedzka czy jakakolwiek inna prowincja. A szkoda. Bo te lokalne smaczki są zazwyczaj bardzo istotne.

Podobało mi się za to wykreowane przez autora poczucie osaczenia: oto w małej mieścinie ktoś morduje. Pierwsze morderstwo dotyka przyjezdną, czyli obcą, więc mieszkańców miasteczka to raczej średnio obeszło. Gdy zbrodnia dotyka ich współplemieńca, problem staje się poważniejszy. Nie mówiąc już o tym, że policja twierdzi, że mordercą jest ktoś z autochtonów... Zaczyna się polowanie na czarownice. I te tarcia między sąsiadami, wykorzystywanie dawnych uraz do zemsty było moim zdaniem najlepszym elementem powieści. Takim mocno prawdziwym, przerażającym bardziej niż opis tego, w co zmienia się ciało człowieka po śmierci. A w tym się Beckett lubuje...

I mogłoby być interesująco, ale było średnio. Nie beznadziejnie, ale to takie czytadło, które kompletnie nic po sobie nie pozostawia. Ot, do zabrania na plażę lub do pociągu. I tylko tyle.

Czyta się sprawnie i bez zgrzytania zębami, ale za miesiąc lub dwa nie będę już w ogóle o tej książce pamiętała, więc zanotuję tutaj, że ją przeczytałam. Dla statystyk ;)

2.5/6

"Zapora" Henning Mankell  

Posted by Inblanco in ,


Ostatni Wallander... ciężko mi z tą myślą, ale nie ma tego złego.
Nie przeczytałam jeszcze "Białej lwicy", więc gdy będę mocno tęskniła za Ystad i Kurtem , to sięgnę po ten tytuł.

"Zapora" stoi w czołówce najlepszych dokonań Mankella. Mimo, że nieco się różni od poprzednich części, bo oto główny bohater zaczyna o siebie dbać: wystrzega się fast foodów, jada dużo warzyw, dużo spaceruje. Schudł nawet:) Poza tym dość odważnie stawia czoło męczącej go samotności i poznaje kobietę. Czy jesteśmy świadkami narodzin nowego Kurta? Aż tak dobrze to mu się jednak nie wiedzie.
Nadal jest zgorzkniały i uważnie obserwuje otaczajacą go rzeczywistość. Przerażają go zmiany zachodzące w społeczeństwie szwedzkim: nastolatki pijące na umór, bijące matki, mordujące bez śladu jakichkolwiek uczuć...
Ale najważniejszym wątkiem wokół którego toczy się ta opowieść jest uzależnienie człowieka od elektroniki. Temat może nie najświeższy*, bo apogeum strachu dawno już za nami. Pamiętacie, jak straszono nas przełomem wieków? Komputery zwiariują, nie będzie prądu, wody, stanie komunikacja itd. Na szczęśćie tak się nie stało, ale problem nie zniknął. Wciąż jest aktualny, choć chyba paradoksalnie stajemy się z każdym dniem coraz bardziej uzależnieni od sprawnie funkcjonujących twardych dysków. Miliony danych, miliony zabezpieczeń a w domowym zaciszu rośnie armia genialnych hakerów... Zawsze znajdzie się ktoś jeszcze lepszy, kto złamie kolejny szyfr. Paranoja.

"Zapora" bardzo wciąga. Jak większość wallanderowych powieści zresztą :) Trudno mi było odłożyć książkę, a musiałam, bo przez tydzień byłam na wyjeździe.
Rewelacja.

A propos nastolatków: ostatnio usłyszałam historię podobno z życia wziętą. Obserwowała ją koleżanka mojej siostry.

Miejsce akcji: Wrocław, tramwaj
Bohaterowie: staruszek, mały tyran, matka małego tyrana, student, pasażerowie

Za staruszkiem usiadł z matką mały chłopiec. Zaczyna kopać w fotel dziadka, bić piąstkami w oparcie. Zaatakowany odwraca się, zwraca grzecznie uwagę, ale to nic nie daje. Gdy tylko mężczyzna siada prosto, dzieciak znowu zaczyna swe tortury. Matka nic. Gdy w końcu mały tyran podrapał dziadka w szyję, ten z pretensjami zwraca się do matki, by uspokoiła dziecko. Na co kobieta: Nie będę mu teraz zwracała uwagi, bo on jest wychowywany bezstresowo. Zrezygnowany dziadek odwrócił się więc, czekając na kolejne ciosy. W tym czasie do owej paniusi podchodzi student. Wyjmuje z buzi gumę do żucia i wkręca ją w jej włosy. Oburzona kobieta krzyczy: no co pan? Student odpowiada: byłem bezstresowo wychowywany. Pasażerowie bija brawo.

Z takich dzieci rosną potem nastolatki, które niepokojąco przypominają te z kart powieści Mankella.




*Nie mam książki pod ręką, ale o ile mnie pamięć nie myli Mankell wydał "Zaporę" w 1998 r.

"Weź moją duszę" Yrsa Sigurdardottir  

Posted by Inblanco in ,


Trafiłam w bibliotece na nową powieść Yrsy. I zgodnie z zapowiedzią postanowiłam ją przeczytać, mimo, że pierwsza opowieść o Thorze mnie nie zachwyciła. Tym razem podobało mi się bardziej.

Zaczyna się bardzo mrocznie: kilkuletnia dziewczynka zostaje zamordowana w wyjątkowo okrutny sposób. Czytelnik nie zna tożsamości kata ani ofiary. Wiemy tylko, że jest zima i trwa II wojna światowa.

Gdy autorka przenosi akcję do czasów współczesnych stosuje ten sam sposób organizacji tekstu, co poprzednio. Akcja podzielona jest bowiem na kolejne dni tygodnia, w czasie których główni bohaterowie zmagają się z zagadką czy raczej zagadkami.
Thora wyjeżdża do hotelu oferującego atrakcje w stylu new age, gdyż właściciel tego przybytku prosi prawniczkę o wyjaśnienie sprawy z "ukrytą wadą" posiadłości, czyli ... siejącym niepokój duchem dziewczynki, który nawiedza hotel. Gdy kobieta jest na miejscu okazuje się, że problemem gospodarza staje się nie tylko duch ale i dwa morderstwa, o popełnienie których policja oskarża Jonasa.
Kolejny raz Thora zostaje zmuszona do przeprowadzenia własnego śledztwa i podobnie jak w "Trzecim znaku" towarzyszy jej przyjaciel z Niemiec.

Dlaczego tym razem podobało mi się bardziej? Po pierwsze fabuła wciąga od pierwszej strony, po drugie umiejętnie połączono wątki spirytualistyczne z mroźną rzeczywistością Islandii :) Rozwiązanie wszystkich zagadek prowadzi do przeszłości, mimo iż minęło już 60 lat od czasów, gdy ktoś popełnił zbrodnię. Reakcje ludzi w tej sytuacji były różne: niektórzy chcieli zapomnieć o przeszłości a jeszcze bardziej im zależało, by inni jej nie poznali. Byli jednak i tacy, którzy walczyli o wyjawienie prawdy, choćby nie wiem jak ta była okrutna dla żyjących.

"Zaułek szkieletów" Ian Rankin  

Posted by Inblanco in ,


Kolejna część zmagań ironicznego Rebusa ze światem przestępczym Edynburga. Tym razem główny wątek dotyczy problemu nielegalnej imigracji i rasizmu. Mieszkańcy Edynburga każdego, kto się od nich rożni traktują jako potencjalne zagrożenie. Tworzone są getta, w których osiedlają się ludzie z różnych stron świata i których poczucie obcości już nigdy nie opuści.

Rankin opisuje bezduszną machinę urzędniczą, która upycha całe rodziny uchodźców w miejscach łudząco przypominających więzienia. Tam przychodzi im czekać na deportację. Jeśli nie udowodnisz, że jako kurdyjskiemu dziennikarzowi groziła ci śmierć we własnym kraju, nie łudź się, wrócisz tam. Obojętność społeczeństwa uprzywilejowanego została w tej powieści napiętnowana, ale i pokazana została ogromna skala zjawiska imigracji. Co robić z tymi ludźmi? Jak im pomóc? Nie ma łatwych odpowiedzi.

Rebus i Siobhan znowu trzymają się razem, choć trafiają się im "tymczasowi" nowi partnerzy zawodowi. Trzy sprawy, prowadzone przez tę dwójkę stopniowo zaczynają się zazębiać: sprawa odnalezionych szkieletów w piwnicy pubu, zabójstwo Kurda i zniknięcie pewnej 18-latki. I z tym związany jest mój jedyny zarzut: trochę tu za dużo zbiegów okoliczności. Prawie, jak w wenezuelskiej telenoweli.
Ale miasto po raz kolejny odmalowane zostało z wielkim dynamizmem, Rebus nadal jest zgorzkniały (choć już mniej ;) i ironiczny, Siobhan także jest taka sama.
Czyli Rankin jakiego lubię :)

Nie polecam jednak zaczynania przygody z Rebusem od tej książki, bo choć jest bardzo charakterystyczna dla całej serii, to zapałać namiętnością do dwójki bohaterów byłoby trudno. Bardziej nadają się do tego "Odrodzeni" czy "Próba krwi". Polecam.

Zbrodnia w Islandii  

Posted by Inblanco in ,


Przeczytałam "Trzeci znak" autorki o skomplikowanym nazwisku: Sigurdardottir. Imię już nacznie łatwiej zapamiętać: Yrsa

Główną bohaterką i to chyba zaplanowaną na kilka kolejnych książek, jest 36-letnia kobieta, samotnie wychowująca dwoje dzieci. Pracuje jako prawniczka i pewnego dnia dostaje dziwny telefon od kobiety z Niemiec, której syn został w bestialski sposób zamordowany. Policja złapała podejrzanego, ale rodzina ofiary nie wierzy w winę mężczyzny. Thora podejmuje się wyjaśnić, co naprawdę zaszło. Współpracuje z nią sztywniak-elegancik Matthew, prawnik z Niemiec.
Podążając tropem zamordowanego Haralda, poznajemy krwawe rytuały czarnej magii czy islandzką wersję procesowania się z podejrzanymi o czary.

Mnie zabrakło w tej powieści współczesnej Islandii, o której nie wiem nic, poza tym, że stamtąd pochodzi Bjork, że mają gorące źródła i zorzę polarną. I po lekturze tej książki moja wiedza jest nadal taka sama. Szkoda. Bo mogło być przyjemnie i pożytecznie.

Czasami trafiały się dłużyzny: np. gdy Thora przegląda teczkę z materiałami o Haraldzie... oj, jak długo to męczyłam. Niektóre fragmenty poświęcone historii Islandii, mają po prostu cechy suchego wykładu, co mnie też raziło.

Czytało mi się to jednak dobrze, zwłaszcza gdy przebrnęłam przez początek. Nie jest to mistrzostwo świata, ale i nie najgorszy kryminał. Wyczuwa się w nim ducha serialowego: mamy problemy osobiste Thory, które pewnie będą kontynuowane w następnych częściach, no i taki znak firmowy "amerykańskich seriali": obowiązkowa obecność niegroźnego świrusa. Tutaj jest to Bella, która robi wszystko na opak. Podejrzewam więc, że niedługo powieść zostanie sfilmowana :)))

Do Mankella daleko, ale złe nie jest. Czy polecam? Owszem, ale bez entuzjazmu.

Leena Lehtolainen - Spirala śmierci  

Posted by Inblanco in ,


Skończyłam. Zaczynałam z obawami, bo wcześniej czytała moja siostra i stwierdziła, że trochę takie nijakie. No i coś w tym jest, niestety. Gdyby nie postać Marii Kallio, powieść byłaby średnia. Wyróżnia ją, moim zdaniem, Maria i jej ciągła walka w męskim świecie z męskim światem. Mogło to by być stereotypowe, ale dzięki temu, że bohaterka sama zdaje sobie sprawę z własnej obsesji i ograniczeń staje się to ciekawe. Jak kobieta w ciąży odnajdzie się w policji kryminalnej? Jak zmiękczą ją jej hormony? Jak będzie przeżywała macierzyństwo? Dla mnie to było interesujące. Czekam na jeszcze.

Szwedzi wciąż górą  

Posted by Inblanco in ,

Mój ulubiony pisarz powieści kryminalnych to Szwed, Henning Mankell. Nie zmieniła tego nawet najsłabsza powieść Mankella "Psy z Rygi",
gdzie wyobrażenie o reżimie komunistycznym jest mocno ... sztampowe. Cieszę się, że nie kupiłam tej książki (jako jedynej tego autora, no coś mnie tknęło:)) tylko udało mi się ją wypożyczyć. Za to na własność mam i nie żałuję wydatku książkę pt. "Mężczyzna, który się uśmiechał". Dla mnie to stary dobry Wallander, którego refleksje o Szwecji są niezwykle interesujące. Ciekawam strasznie, jak odbierają to Szwedzi ?

Donna Leon, kolejna świetna autorka kryminałów, pisze o komisarzu Brunettim i również nie szczędzi opisów tła społeczno-obyczajowego Wenecji, gdzie rozgrywa się akcja tego cyklu. W związku z tym jednak, Leon nie zgadza się na publikację swoich książek w języku włoskim. Ciekawe, prawda?