Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza życia. Pokaż wszystkie posty

Wiosna, panie sierżancie!  

Posted by Inblanco in

Ma się ochotę zakrzyczeć!

Codziennie rano przyglądam się kasztanowcowi, który rośnie tak blisko, że mam wrażenie, iż wystarczy tylko lekko się wychylić z okna i dotknę kołyszących się na wietrze gałązek. Wciąż są nagie, ale listki już prawie wyrwały się z kokonów i zdaje się, że tylko kilka godzin dzieli mnie od ujrzenia, jak pączki się otworzyły. Czekam więc i popijam poranną kawę. Nie dziś? To do jutra.

Lubię wiosnę, pomimo ogromu kłopotów, jakie ze sobą niesie.
Po pierwsze: alergia - oczy mnie pieką i swędzą, trę je wciąż i wciąż, aż wyglądam jak królik z czerwonymi ślepiami. Kicham i walczę o każdy oddech, bo katar zaatakował na całego. Ale nawet wtedy, nie nienawidzę wiosny - dziwne.
Po drugie: zasypiam o nieprzyzwoitych porach. Sen o 22?  To, że zdrowy, nie watpię, ale czy koniecznie muszę iść spać z kurami? Nie pomaga nawet wymuszona sjesta o 16. Zmuszam się do ruchu, by endorfiny mi pomogły, ale nawet one się zmówiły i grają mi złośliwie na nosie.
Po trzecie: kto wymyślił to przesuwanie czasu?  Zaraza jedna jakaś.

Po czwarte: zapadanie w zimowy sen zawsze pociąga za sobą pewne niewesołe konsekwencje. Nagle sie okazuje, że mogłabym pracować w cyrku, na etacie kobiety-gumy, bo "rozciągliwa" się zrobiłam, że hej. Powiększyły się gabaryty, tu i tam coś odstaje i nie chce się schować. Upycham, wciskam i nic. Wciąż odstaje :(

Po piąte...
Po szóste...
Po czterdzieste trzecie...

Ale i tak kocham wiosnę. I nie dam się:)
I nie lubię malkontentów, co powinnam była zaznaczyć na samym wstępie:)))

O plusach wiosny nie piszę, bo te są tak oczywiste, że każde dziecko to wie:)

Weekendowo (część I). Niedoczytane, obejrzane i zasłyszane  

Posted by Inblanco in , ,

   Znowu ciężki okres w robocie. Wracam zmęczona, nie mam na nic ochoty, od dwóch tygodni czytam "Zaginiony symbol" Dana Browna (czy zagubiony? nie mogę tego zapamiętać) i jestem gdzieś tak koło 400 strony! Kompletna porażka. I w tempie czytania i w przypadku samej książki. Dalej już czytać nie zamierzam.

    Jeszcze kilkanaście dni temu (bo teraz to nawet oglądać mi się nie chce) odpoczywałam przy nowym (dla mnie) serialu "Wołanie o pomoc" (tyt. oryginalny: "Rescue me"). To taka odważna obyczajowo opowieść o pracy i życiu prywatnym strażaków z Nowego Jorku. Minęło już kilka lat od wydarzeń 11 września i wszystko wróciło do normy. Tak przynajmniej uważają przełożeni i mieszkańcy NY. Rzeczywistość jest jednak inna. Strażacy, ich rodziny, wciąż zmagają się z traumą i nie są w stanie zapoomnieć o koszmarze.
Niestety, dosłowność tego wątku (pojawiające się duchy zmarłych strażaków czy osób, których nie uratowano z pożaru) obniża poziom I sezonu. Za dużo i zbyt łopatologicznie. Potem jednak jest lepiej.

  To, co czyni ten serial dobrym, to prezentacja stosunków męsko-męskich. Te rozmowy w remizie! Niektóre miałabym ochotę zanotować, innymi zamęczam rodzinę odtwarzając je wciąż i wciąż. Zdarzają się też takie mocno kloaczne, ale wybaczam te wpadki. Gdy do zespołu dołącza dziewczyna, sytuacja w remizie ulega zmianie i niestety nie pomaga to serialowi. Scenarzyści kompletnie nie mieli pomysłu, co zrobić z dziewoją w pożarze i obdarowali ją tak schematycznymi perypetiami, że aż zęby bolały. Na szczęście ten wątek został całkiem szybko zlikwidowany i szorstka przyjaźń męsko-męska znów kwitnie.Remiza znów nalezy do facetów!
 Polecam, choć uprzedzam, że jest ostro, bywa wulgarnie i czasami wręcz dołująco. Główny bohater bywa egocentrycznym dupkiem, ale i tak go lubię.

Ale miałam pisać o książkach, a zaczęłam o serialu. Ostatnie niepowodzenia? Oprócz już wspomnianej wyżej?
Historyczna "Ludzie wiatru" - a napisana jakby dla dzieci. Infantylna konstrukcja postaci, akcja żadna, tło historyczne również jakieś takie nijakie. Jakieś plusy? Ładna okładka.

Zupełnie nie mogę się wdrożyć w "Pokonanych"  z tym, że tutaj problemem nie jest chyba książka. Co prawda wiem, co mi przeszkadza, a mianowicie nadmierna egzaltacja każdej prawie postaci. Albo folgowanie stereotypom: wyobraźcie sobie hrabinę, której przyszło odnaleźć się w ZSRR. Jak będzie się zachowywała? Będzie wyniosła? Przekorna? Uległa? Założę się, że większość z ma przed oczami wypisz wymaluj
sportretowaną przez Gołowkinę  bohaterkę.
Jednak sama atmosfera oddana w książce jest w moim odczuciu autentyczna. Stosunki pomiędzy ludźmi mieszkającymi z przydziału razem w jednym mieszkaniu zapadają w pamięć i wywołują niedowierzanie. Nie tym, że mieszkali obok siebie, dzieląc wspólną kuchnię i łazienkę, robotnik i hrabia, to zdziwienie dotyka poziomu elementarnego: jak tak można było żyć? (znam odpowiedź na to pytanie, ale mimo wszystko to wciąż budzi we mnie ogromne emocje)

Losy bohaterów nie pozostawiają czytelnika obojętnym, ale co z tego, skoro mnie drażni coś, co chyba można nazwać "rosyjską duszą": płaczliwość, melancholia a z drugiej strony dzika zawziętość, przekora, duma. Wszystko musi być albo gorące albo lodowate. Nic letniego. Na ten moment zbyt skrajne, jak dla mnie. Ale książki nie porzucam, bo mimo wszystko mnie przyciąga.

   I może parę słów o najnowszym dziele Browna. Nie czytało mi się tego tak źle, jak dzieło z cyklu pt. "Anioły i demony", których nota bene też nie ukończyłam. Ta opowieść o wolnomularzach dla mnie ma urok nowości, bo niewiele wiem o tym zgromadzeniu. Masoni zawsze kojarzyli mi się ze spiskami, tajemnicami, elitarnością i Brown bazuje na takim dość powszechnym odbiorze tychże, a może aby być szczerą, bazuje na niewiedzy, w tym i mojej. Jednak  czym innym jest książka edukacyjna a czym innym rozrywkowa. Autor upycha mnóstwo informacji, wkładając je przeważnie w usta Langdona, czyniąc zeń nudnego i zafiksowanego na punkcie wiedzy profesorka, który nigdy nie daruje sobie okazji, by nie błysnąć wiedzą. Nawet podczas biegu ;)

Poza tym Brown zawsze czymś mnie wytrąci z równowagi (ale nie tzw. szarganiem świętości - ja np. kompletnie nie rozumiałam tego zamieszania wokół niby "kontrowersyjności" Kodu).Tym razem był to fragment:

" (...) Może to liczba osiemset osiemdziesiąt pięć zapisana cyframi arabskimi.
- Arabskimi? - zdziwił się Anderson. - Przypominaja normalne cyfry.
- Posługujemy się właśnie cyframi arabskimi. - Langdon musiał tak często tłumaczyć to studentom, że w końcu przygotował wykład na temat odkryć dokonanych przez ludy z obszaru Bliskiego Wschodu."


Wyobrażacie sobie studentów, którzy muszą zaliczyć taki wykład?!?! To dopiero kontrowersyjna dygresja. Czy poziom szkolnictwo w Stanach jest rzeczywiście taki mizerny? Bo to, że rośnie odsetek analfabetów, że rośnie pokolenie analfabetów wtórnych to wiem, ale żeby studenci? Studenci?! To już mnie mocno zaskoczyło.
   Cwany Brown buduje napięcie odsłaniając rzeczy nigdy nie "zasłonięte". I robi to z patetycznością, która towarzyszy magikom podczas wyciągania królika z cylindra a przecież i tak wszyscy wiedzą, co wyciągnie;)
Tak autor sprzedaje czytelnikom np. informacje o freskach na suficie Rotundy Kapitolu. Istnieją od 1865 roku, przedstawiają ni mniej nie więcej apoteozę Waszyngtona i taki też noszą tytuł. Ale o tym nie wie nikt... oprócz Langdona... Odkrywa więc przed niewtajemniczonym kolejną tajemnicę...
Słowo się rzekło i dalej nie czytam. Chociaż gdy w mojej bibliotece zakupią audiobooka, zapewne skuszę się na niego i dowiem się, o co w tym wszystkim chodziło.

   W ostatnich dniach siły regeneruję głównie przy Peterze Gabrielu i jego płycie "Passion", która była ścieżką dźwiękową do "Ostatniego kuszenia Chrystusa". Staroć, ale dla mnie to tegoroczne odkrycie. Płyta wzbudza zachwyt, co raczej zaskoczeniem nie jest,  ale też i burzy we mnie krew. Wściekam się, że tak późno dotarłam do tego nagrania... Ile jeszcze takich cudowności mi umknęło?

 W następnym wpisie przedstawię Wam więc jeden zmoich sprawdzonych  sposobów jak przeciwdziałać "przegapianiu".
Przynajmniej na polu literatury.
To do następnej relacji. Już wkrótce.

"Nowe" oblicze bloga ;)  

Posted by Inblanco in

  Po kilkudniowych poszukiwaniach szablonu, wgryzaniu sie w tajniki css, żmudnym dopasowywaniu kolorów, czcionek, obrazków itd. nadal byłam niezadowolona. Postanowiłam jeszcze raz poszukać kodu do mojego ulubionego szablonu, a zwie się on Aspiro, i sprawdzić jego ewentualne wersje.
   Znalazłam ich kilkanaście i pracowicie wszystkie zapisałam na dysk twardy: niepotrzebnie, bo wersja asprio, nazwijmy ją Asprio Numero3, już była poprawna. W miarę, bo choć szybko się ładuje i wyświetla pole z wyszukiwarką, trochę mi wariował  nagłówek z datą. Ale po kilkudnowym kursie dla amatorów, jaki sobie zafundowałam, potrafiłam juz sama to naprawić ;)

Najwyraźniej, odpukać, wszystko jest w porzadku.Z pewnością jest to nowsza wersja Aspiro, bo nawet okienko do wpisywania postów inaczej się obsługuje. Mam kilka nowych funkcji, ale żeby nie było tak dobrze zabrali mi korektę tekstu. Zawsze zjadam różne ogonki w tych naszych ą,ę,ł itd, więc będzie mi tej opcji bardzo brakowało.






Czytam "Pokonanych". Jutro idę po "Serce narodu koło przystanku" Nowaka  i "Historię piękna" Eco. Czeka też na mnie najnowsza Sarah Waters czyli "Ktoś we mnie". Taki początek weekendu mi bardzo odpowiada :)
Byłam w kinie na "Avatarze" i zgodnie z oczekiwaniami jestem pod dużym wrażeniem. Owszem, sama opowieść trochę naiwna i czasami niezamierzenie śmieszna, ale ja cały seans siedziałam jak zaczarowana.Rany Julek, co za efekty! NIE-SA-MO-WI-TE! Cudowne. Miałam ochotę podskakiwać na fotelu z radości, gdy widzialam, ba!,  miałam na wyciągnięcie ręki niektóre elementy scenografii.  Do kin, ludziska:)))Mary, Ty też kochana P:)))

I w końcu mamy święta! No prawie.  

Posted by Inblanco in

Uwielbiam ten czas, chociaż człowiek zagoniony niemożliwie. Jednak wystarczy pomyśleć o tym, co nadejdzie już za chwilkę, już za momencik... Tak działa magia:)

Prezenty prawie wszystkie już zapakowane - wyżyłam się artystycznie, wykorzystując do tego celu celofan, papier brokatowy i puncher choinkowy. Część kulinarna, o dziwo, w tym roku również jakby szybciej nam poszła. Jutro powinniśmy skończyć wszystko około 14? Planujemy spacer przed Wigilią - co dla nas wszystkich jest wielkim szokiem, bo zazwyczaj przygotowania do kolacji kończyliśmy tuż przed samą kolacją... :)





Czytelniczo u mnie trochę lepiej - kończę niezwykłą powieść Toni Morrison "Odruch serca", która jest równie dobra jak genialna "Umiłowana". Przed snem podczytuję sobie "Hakawati. Mistrza opowieści" Rabiha Alameddine'a i cieszę się, ze trafiłam na ten tytuł właśnie teraz, bo trudno wymarzyć sobie lepszą świąteczną lekturę.


Nie podobał mi się za to "Posłaniec" Markusa Zusaka - mocna naiwna i prezentująca oczywistości jako prawdę objawioną. Bardzo ta powieść kojarzyła mi się z "Alchemikiem", za którym również nie przepadam.

W kolejce czekają "Achtung! Banditen!" Wojciecha Albińskiego oraz "Lekcje ciemności" Dariusza Czai. To z tych ambitniejszych pozycji. Za czytadła robią "Marina" Zafona oraz "Na ratunek" Sophie Hannah.




To tak w skrócie. Pozdrawiam i proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości:)

Einstein, książki i ... obowiązki  

Posted by Inblanco in

No tak, nie było mnie. A gdzie byłam, jak mnie nie było? Niestety, ani to wycieczka na Hawaje czy lot w kosmos (choć pewnie za karę można by mnie tam wystrzelić;) - zwyczajnie i po prostu nie miałam czasu. Do tego zanosi się na to, że poprawa możliwa będzie dopiero... w lutym? Może trafi mi się parę dni wytchnienia, to postaram się tutaj pojawić. To jest ta wersja najpaskudniejsza.

Ta, powiedzmy bardziej różowa, zakłada, że mniej więcej od połowy grudnia będę już panią własnego czasu. Za to trzymam kciuki:)

Nie zaglądam ani na swojego bloga ani na Wasze, bo wiem, czym mi to grozi ;) Postanowiłam sobie, że gdy już się wszystko uspokoi pomalutku będę sobie czytała Wasze... archiwa:)
I wierzcie lub nie, ale tym się pocieszam i na to czekam.

Larssona przeczytałam, ale od tego czasu do listy dopisać mogę jedynie "Rozbite okno" Deavera (raczej nie zostanę wielbicielką tandemu Amelia/Lincoln). Doczytuję "Godzinę czarownic", która miewa swoje wzloty ale i upadki. Mój główny zarzut to maniera pisarki, pasująca chyba jedynie przy tworzeniu telenoweli. Za długie i często o niczym - ale czekam na wątki toczące się w Nowym Orleanie i chyba jedynie dlatego jeszcze nie rzuciłam tej powieści.

Słucham namiętnie "Narrenturm" - to nie typowy audiobook, to raczej teatr radiowy z całą plejadą aktorów, muzyką, odgłosami deszczu, palącego się ogniska... cudowna sprawa! Polecam gorąco. Nawet tym, którzy stronią od fantastyki, bo to raczej powieść historyczna z domieszką folkloru ludowego.

Gdyby nie natłok pracy, byłabym teraz we Wrocławiu na Festiwalu Kryminału :( Co prawda Mankell zrejterował ale i tak program jest niezwykle ciekawy: chciałabym choćby posłuchać, co ma do powiedzenia taka Leena Lehtolainen czy nasza rodzima Olga Tokarczuk. Albo zobaczyć i się przekonać, czy Jens Lapidus rzeczywiście jest taki przystojny, jak na fotce zamieszczonej w książce? (przy możliwościach Photoshopa może się przecież okazać pryszczatym, świńskim blondynem). Świetlicki, Wollny, Śliwiński, Grin... no żyć nie umierać.

Za to postawiłam się i wyrwałam na spotkanie z Małgorzatą Szejnert i Jerzym Illgiem. Och, było cudnie:)
Zwłaszcza Illg jest prawdziwym samograjem. Zarzuca mu się snobizm i "chwalipięctwo", ale pokażcie mi człowieka, który pisząc frazę, w której musi się zmieścić zestaw taki jak: "ja, Miłosz, Szymborska, spotkanie" nie sprowokuje do określonego odzewu. "Wow" to odzew z tych najbardziej lajtowych ;).
Szejnert z kolei jest... posągowa. Trudno mi ją opisać, ale ciesze się niezmiernie, że miałam możliwość posłuchania jej a z Illgiem pośmiania się na dokładkę. Fantastyczni ludzie.

A co Einstein ma z tym wszystkim wspólnego? Ano ma. Bo jak by mi było mało, władowałam się jeszcze w kolejny remont. Duży pokój ma już odświeżone ściany, nowe meble już stoją ale mój pokój wciąż jest "przed". Mam już farbę i tapetę (zamiar: trzy ściany w kolorze brudnego wrzosu, jedna wytapetowana na ciemny fiolet ze srebrnymi maziajami) ale nie mam pojęcia co zrobić z książkami? Gdzie je przetransportuję na czas remontu? I tutaj właśnie pan Einstein wchodzi na scenę. 700 woluminów to dużo czy mało? Dla czytelnika: mało, zdecydowanie za mało, ale już dla remontującego członka ekipy: w cholerę dużo!
Wypisz, wymaluj: relatywizm. Gdyby tak mi tłumaczono fizykę w szkole, wybrałabym inny kierunek studiów ;)

A na dokładkę: znalazłyśmy już suknię ślubną dla mojej siostry. Pokazałabym ją Wam, ale pan młody jeszcze jej nie widział, bo to niespodzianka, więc lepiej nie kusić losu:) Ale jest cudowna! Po przymierzeniu z 50 egzemplarzy, siostra była już mocna "zdenerwowana". Nie tym, że nie ma ładnych sukien. Są, i to od groma i trochę. Ale żadna nie była "tą jedyną". Z tych 50 odrzuciłyśmy jedynie z 10. Pozostałe 40 trafiały na listę: do zastanowienia się. Horror!
Aż w końcu... założyła kolejną i powiedziała, że tej już nie ściąga :) Pod koniec czerwca zasypię Was fotkami:) Sukienka kojarzy mi się ze stylem Audrey Hepburn. Piękna, ale niezwykle subtelna i wysmakowana.

I to na razie tyle. Wracam do kieratu, ale pamiętam O Was i postaram się odezwać, jak tylko będę miała czas. A potem... ja, książki i Wasze blogi. To też fraza, która nieodmiennie wywołuje u mnie jedyny możliwy odzew: Wow!!!

Ściskam gorąco, tęskniąca Inblanco

Nie było mnie ale już jestem :)  

Posted by Inblanco in

Przepraszam, że zniknęłam tak bez słowa ale nie sądziłam, że takie długie wojażowanie mi wyjdzie. Najpierw miały być dwa tygodnie a potem doszło kolejne zaproszenie i zaszyłam się w dzikiej głuszy, gdzie komórka nie łapie zasięgu, komputerów niet, w telewizji tylko program 1 a 2 juz mocna śnieży:) Było świetnie, choć "pioniersko" (mam na myśli taka latrynę na ten przykład... brrr:)

Właśnie robię pranie, rozpakowuję się i pomalutku odtajam. Czytałam mało, co mnie trochę martwiło ale i sprawiło, że nabrałam apetytu. Za to okazało się, że kocham polskiego bluesa. Breakout po prostu wymiata:) 

Złapię oddech, ogarnę się trochę i wracam. Do Was :)

Pozdrawiam gorąco :)))

Piątkowa piramida  

Posted by Inblanco in ,

Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej lecz oczywiście wszystko się rypło...

Pogoda od dwóch dni deszczowa, ale po prawie dwóch miesiącach pięknej, słonecznej wiosny nie mam zamiaru narzekać. W taki deszcz przyjemniej się pije herbatę marcepanową, którą to odgapiłam od Zosika (dziękuję przy okazji za cynk! Herbata świetnie smakuje i pachnie nieziemsko) i wsuwa kolejną porcję tarty gruszkowej... :)
Ale jest godzina 17. a ja miałam czynności opisane powyżej wykonywać gdzieś tak około 12. Upiec tartę, pójść do sklepu, w międzyczasie zrobić sernik na zimno z musem rabarbarowym... phi! Co to dla mnie! Zdążę ze wszystkim...
Strugałam gieroja, to i się doczekałam.
Tarta z kremem patissiere (czy jakoś tak, nazywa się dziwacznie ale pyszny jest) w moim piekarniku dopiekała się 40 minut dłużej niż podaje przepis. Ale o tym, że potrzeba jej więcej czasu przekonałam się krojąc tartę... Siup, z powrotem do piekarnika. Na smaku na całe szczęście się to nie odbiło, ale na moich nerwach zszarganych już tak.

Sernik z serków homogenizowanych raczył przeciekać z tortownicy. Upaćkałam siebie i kuchnię. By ratować co się da, przelałam płynna masę, w zasadzie nie oszukujmy się i powiedzmy sobie to wprost: płyn sernikowy, przelałam z powrotem do miski. W tym czasie miotając się po kuchni i pukając się w głowę (rany, po co mi sernik?!) obłożyłam formę folią aluminiową. Dobra.
Zdałam sobie również sprawę, że płyn podejrzanie nie chce się ścinać! Zaraza jedna, no! Dorobiłam więc żelatyny i maksymalnie wkurzona dokończyłam dzieła. Czynność powtórzyć należy dwa razy a zakończyć musem z rabarbaru. I to chyba będzie najlepsze z tej całej szopki pt. "Sernik na zimno". Mus śmietankowo-rabarbarowy. Pycha! Bo masa serowa wylizywana z miski (siorbana właściwie...) taka sobie...



Piszę o tym wszystkim, by uzmysłowić, że nawet tak rozjechany dzień może mieć miłe zakończenie. Gdy zmęczona i klejąca od tych galaretek, żelatyn i innych cudów, siadłam by w spokoju wypić kawę i zerknąć do netu, do drzwi zapukał pan kurier i przyniósł mi paczuszkę.
Z książkami. Wyciągnęłam więc pozostałe zbiory, ułożyłam w stosik i pokazuję Wam.




Najbardziej cieszę się z Pollacka, Vargi, Hugo-Badera i Tochmana.

Od góry:

Maciej Zaremba - Polski hydraulik

Andrzej Stasiuk - Fado

Jacek Hugo-Bader - Biała gorączka

Wojciech Tochman - Córeńka

Klaus Brinkbaumer - Afrykańska odyseja

Paweł Smoleński - Izrael już nie pofrunie

Amelie Nothomb - Z pokorą i uniżeniem oraz inne powieści

Krzysztof Varga - Gulasz z turula

F.M. Florian - Starszy brat, młodszy brat

Martin Pollack - Ojcobójca

Sophie Hannah - Przemów i przeżyj

Sophie Hannah - Twarzyczka

Frank A. Coates - W poszukiwaniu Afryki

Kate Furnivall - Rosyjska konkubina

Mark Gimenez - Porwanie

Simon Beckett - Szepty zmarłych

Powrót z majówki  

Posted by Inblanco in

bywa trudny zwłaszcza, gdy pobyt można zaliczyć do udanych. Do tego tak zwyczajny fakt, jak brak aparatu wywołało smętne rozważania o upływającym nieubłaganie czasie.
Co my teraz będziemy wspominać w długie, zimowe wieczory? Odrobinę ukojenia przyniosły wypasione komórki... ;)

Odwiedziliśmy Polanicę Zdrój, małe, klimatyczne miasteczko, troszkę kiczowate, ale z urokliwą architekturą. Bardzo podobają mi się domy z drewnianymi elementami: werandy, balkony, balustrady, okna.
Odwiedziliśmy pijalnię wód i taki napój ze źródełka jest całkiem ok, dopóki się go nie wącha. Ja skusiłam się na zimny "kran", głęboko odetchnęłam i ...wypiłam. Dobre! Inne niż butelkowe, ale dobre. Potem przestałam się certolić, jak mawia moja babcia, i wypiłam chłonąc również bukiet zapachowy. He, he... nie polecam :) Jazda bez trzymanki. Ale jazda ekstremalna to ciepłe źródełko... Ja się nie zdecydowałam, choć widziałam i takich śmiałków. Marnie kończyli jednakoż.

poniższe fotki pochodzą ze strony: http://www.pttk.strzelin.pl/galeria/stolowe/polanica/index.htm




Potem pojechaliśmy do Kudowy. Miasteczko również śliczne, z romantycznie wijącymi się uliczkami. Mnóstwo zieleni, ale i turystów. Następnym razem wybierzemy się tam w jakiś weekend, podczas którego drodzy rodacy raczej zostaną w domu :)

fotka z csb.wikipedia.org


http://fotogalerie.pl/fotka/27418911861505647t,dux21,Stary-dom-Kudowa-Zdroj.......htm

A potem krótki wypad do Czech, gdzie na dzień dobry zobaczyliśmy, jak to stwierdził nasz współtowarzysz : "czeskiego wariata".
Oczywiste jest, że wariat polski zdecydowanie różni się od wariata czeskiego, to przecież nie ulega żadnej dyskusji. Czeski wariat gania bez celu (lub w celu li tylko sobie, "wariatowo" wiadomym) po polu, podczas gdy wokół nie widać żadnego wehikułu, którym przybył na to pole. Polski wariat ma zawsze zaparkowany automobil na poboczu i gna w pole lub las w wiadomym celu (obrazków takich uświadczyliśmy, niech no policzę: raz, dwa, dwa... trzy - przy czym ten trzeci wypadek to akcja zbiorowa: pogoń w wiadomym kierunku ojca z synem. Ichnie kobiety, lub nie daj boże, branki, grzecznie siedziały w białym audi).

No i na zakończenie załapaliśmy się na plan zdjęciowy "Pierwszej miłości". Być może i nas pokażą, bo oparliśmy się pokusie machania do kamery i pozdrawiania rodziny i znajomych królika ;)

A jak tylko wrócę ze spaceru z psem, to odpiszę na posty i poczytam, co tam u Was.

Czarna dziura  

Posted by Inblanco in

Mówi się, że Polacy lubią wszystko zwalać na pogodę. Wszystko, czyli swój stan zdrowia i samopoczucia. Śmiałam się z tego... a teraz sama nie mogę się pozbierać. Huśtawka pogodowa mnie rozwala. W ciągu jednego dnia mamy przez 30 minut wiosnę, potem jesień, potem znowu wiosnę i na koniec, z przyczajenia (bo udawała, że już sobie poszła) dokłada się do tego strasznego rytmu i zima.

Trudno mi się zmobilizować do czegokolwiek. Trudno mi czytać coś sensownego, chociaż wczoraj opowiadania Budnitz zebrane w tomie "Ładne duże amerykańskie dziecko" (przez ostatni miesiąc to najambitniejsza rzecz i chyba jedyna wymagająca jakiegoś wysiłku intelektualnego, z którą dane bylo mi się zmierzyć) sprawiły mi przyjemność.

Poza tym czytałam same łatwoprzyswajalne historie, choć dziwnym trafem wszystkie z trupem, który ściele się gęsto, z krwawymi masakrami, z odrażającymi zwyrodnialcami... dziwne. Bo jeśli to jest moja własna odmiana biblioterapii to chyba jednak ktoś powinien mnie zbadać?

Na półce czekają smakowite rzeczy a ja wciąż wybieram te o popełnianych zbrodniach. Jak mus, to mus.

Z pola walki nadawała
Inblanco

Hasło przedmiotowe?  

Posted by Inblanco in

Odpowiednie dać rzeczy słowo, to nie lada sztuka. Poszukiwanie książek tłumaczonych przez Halinę Thylwe naprowadziło mnie na to.
Czy już _wszystko_ jest skatalogowane i ma swoje hasło przedmiotowe?
;)))



Purvis, Kenneth
Podbrzusze mężczyzny : przewodnik / Kenneth Purvis ; tł.[z ang.] Halina Thylwe. - Wyd.2. - Warszawa : Wydaw. Jacek Santorski & Co, 1998. - 176 s. : il. ; 26 cm.
(Złota Seria Wydawnictwa Santorski)
Hasło przedmiotowe: Narząd płciowy męski - wydawnictwa popularne ; Mężczyzna - fizjologia - wydawnictwa popularne ; Seksuologia - wydawnictwa popularne



Kliknęłam, a jakże na pierwsze hasło, ale niestety. To dopiero pierwszy nabytek książkowy w ramach poszerzania wiedzy o ... jak się to odmienia? narządzie? płciowym męskim.
Nie, serio. Jak się to odmienia?

Różności grudniowe  

Posted by Inblanco in

Grudzień to, mimo ogromu spraw do załatwienia, jeden z moich ukochanych miesięcy. Uroczyście można go odtrąbić, gdy w radiu usłyszę nieśmiertelną piosenkę Wham! "Last christmast ".
No i stało się! Dzisiaj, 8 grudnia podczas śniadania (gdzieś tak o 7.15) usłyszałam.
Sezon czas zacząć!
Ale czekam jeszcze na dwa szlagiery: "All I Want For Christmast Is You" Mariah Carey oraz "Mistletoe and Wine" Cliffa Richarda :)

Ale po co czekać? Voila!



No i miła niespodzianka, też jakby idealnie dopasowana do grudniowej atmosfery:) Ania z Dziennika Literackiego przyznała mojemu blogowi przesympatyczne wyróżnienie:
I Love Your Blog ...
Bardzo, baaardzo, baaaaaaaaaaardzo mi miło. Serdecznie dziękuję.

I mam ogromną przyjemność przyznać ten tytuł kolejnym wirtualnym miejscom i ich właścicielkom:

- Lilithin - bo tak :) Nie dość, że miejsce ciekawe, to jeszcze w wielu sprawach mamy z Lilithin podobne poglądy. Każdy wpis w Czytatniku sprawia, że moja lista "must read" robi się coraz dłuższa i dłuższa. I dłuższa...

- Padma - dla mnie pierwszy rodzimy blog o książkach. Gdy dotarłam do miasta książek, po długich wędrówkach na stronach anglojęzycznych, czułam się jakbym złapała Pana Boga za nogi :))) I nadal się tak czuję, choćby dlatego, że dzięki Padmie mamy kolejną, trzecią już edycję wyzwania czytelniczego. Vivat Padma!

- Zosik - podziwiam umiejętność formułowania myśli, precyzję, logikę wywodów. A do tego nieodparty urok niestrudzonej poszukiwaczki nieodkrytych (przynajmniej dla mnie) rejonów literackich :)

- Chiara - niezwykle ciepłe miejsce, niezwykle ciepła osoba. Lubię wpisy o książkach, o filmach, o życiu. Bywa zabawnie, nostalgicznie, smutno. Jak to w życiu.

- Chihiro - ciekawa świata i ludzi wokół. Inspiruje do zadumy nad aspektami rzeczywistości, które często mogą umknąć. Dzięki Chihiro udało mi się posmakować miejsc, które bardzo chciałabym zobaczyć. I Nowy Jork i Londyn, i Paryż, i Barcelona. Bezcenne :)

- Mbmm - książki, koty i pies. Zestaw idealny, moim zdaniem :) Czytam o lekturach Mbmm, potem zaglądam do kociokwiku i lubię taki rytm dnia. Bez tych wizyt czegoś by mi brakowało :)

- Moje wypieki - kuszą zdjęcia i doskonałe przepisy. Mimo trwania w umartwianiu się (ograniczenie słodyczy do minimum) nie mogę nie zajrzeć na blog Dorotuś przynajmniej raz dziennie. Na święta wykorzystam przepis na pierniczki i pralinki. Pewnie zrobię jeszcze sernik... tylko który? Oto jest pytanie.

Jesień z Gają  

Posted by Inblanco in

Natchnienie nadeszło stąd i stąd :) Dziękuję.

Kocham te jesienne popołudnia, pełne słońca i kolorów, przyjemnie ciepłe, bez obezwładniającego upału i żaru. Chwytam każdy taki dzień i pieczołowicie nanizam na sznurek fotografii. A że do tego Gaja jest moim ulubionym obiektem, przy tym wdzięcznym*, więc możecie sobie wyobrazić, ileż to ja już mam takich sznureczków...;) Ba! motków!


* niestety przeważa wśród jej póz, ta robiona z jednej perspektywy. Podpowiem, że pies zawsze biegnie przodem ;) Ograniczona więc jestem do utrwalania dla potomnych zadka mojej psiny. Czasami, gdy ją przydybię podczas odpoczynku, to nagle okazuje się, że ta gadzina posiada też i pysk. Zadziwiające!

Marazm , czyli cierpienia młodej czytelniczki  

Posted by Inblanco in

Trafia mi się taki stan od czasu do czasu. Nic nie czytam, nic nie oglądam, w zasadzie przyjemność sprawia mi jedynie granie w Settlersy i Lost Cities (polecam!) Ale ile można?
Próbowałam już wszystkiego: zaczęłam kilka książek, które miały mnie odblokować i ... guzik z pętelką. Ale już widzę światełko w tunelu, bo wczoraj zaczęte "Bliźnięta Fahrenheit" Fabera przykuły mnie do siebie na jakąś godzinę! Toż to rekord ostatnimi czasy :(((

Czytam Wasze blogi, pilnie notuję ciekawe tytuły, nawet kompletuję zamówienie w merlinie, bo oni i ja obchodzimy kolejną rocznicę i uszczęśliwili mnie akcją: Cena dla Ciebie. Jak tu nie skorzystać?
Ale jakoś tak bez energii upływają mi te dni. Bywa.

Pocieszenie znajduję w lodach waniliowych Carte d'or. Powiem prosto z mostu: niebo w gębie:) A jaki zapach! I nawet wygląd mają niesamowicie apetyczny. Ale że to dzień marudy, to powiem tak: i cóż z tego, skoro kalorii ma to od groma i trochę, więc tak naprawdę to wolno mi tylko powąchać takie smakowitości... więc wącham i ... a co mi tam: zajadam ze smakiem:)

Frywolne wspomnienie z wakacji  

Posted by Inblanco in

Nie lubię kaktusów. Nie podoba mi się ta roślina wyjątkowo i nigdy nie rozumiałam hodowców-pasjonatów, którzy mieli na każdym parapecie dumnie prężące się kaktusy. Okazało się jednak, ze wśród tychże brzydkich ze wszech miar roślin, jest taka jego odmiana, która mnie rozczula. Gruboszowate (crassulaceae). No niektóre są śliczne. Zreszta zobaczcie sami:


No i mój faworyt. Skubaniec jeden :

Prywata  

Posted by Inblanco in

Ostatnie dni obfitowały w różne niespodzianki i na czytanie było mało czasu. Ale to nawet dobrze, trochę abstynencji też mi się przyda.

Czy wiecie jak schudnąć 1,1 kg w dwie godziny? Wystarczy ściąć włosy... ;)

Zapuszczałam włosy od 8 lat, ale oczywiście je podcinałam i długość miały raczej zwyczajną, bo kończyły się gdzieś tak 5 cm za łopatkami. Ale cholery grube są i sztywne, więc bałam się wszelakich eksperymentów. Nosiłam grzecznie związane, albo podpinane. Tym razem jednak powiedziałam sobie dość i zaryzykowałam. Wizyta u fryzjera zakończyła się sensacją. Najpierw włosy obmacywały fryzjerki, potem i klientki... Czułam się trochę jak taka małpa w cyrku ;)

Ale mam krótkie włosy! Nie tak całkiem, bo ubożuchną kitkę też z nich sklecę. Czuję się ... jak nie ja. Zmiana ogromna. Jestem zadowolona, choć wkurza mnie to, że muszę wstawać 15 minut wcześniej. Bo po nocy oczywiście każdy włos sterczy w inną stronę.

Znowu byłam we Wrocławiu, połaziliśmy trochę po pubach. Wszędzie pełno ludzi, ale w odróżnieniu od moich rodzimych miejsc tego typu, nie widziałam tam młodzieży gimnazjalnej. Przedział wiekowy znacznie przyjemniejszy bo tak 20-40, więc w końcu nie czułam się jak opiekunka w przedszkolu ;)

Przywieźli mi sofę, ale nie mam kiedy się na niej wylegiwać. Ciągle coś: a to wizyta u alergologa (nie jestem uczulona na psa, juuppii !!!), a to konieczność wyjścia na większe zakupy, a to inne pierdoły. Zapomniane koleżanki też się dobijają, więc tak mi leci ten czas przez palce, ale nawet przyjemnie... nie powiem :)

Czytam z wielką przyjemnością "Wóz ognisty" Patricka White'a. Nawet nie wiedziałam, że był laureatem literackiej Nagrody Nobla. Książka przypomina mi trochę Faulknerowe pisanie, podobna gęstość tekstu (... cokolwiek to znaczy ...;).

Gdyby to był idealny wtorek to...  

Posted by Inblanco in ,

nie musiałabym iść do pracy, miałabym pokojówkę, figurę Gisele Bündchen oraz urodę Sophie Marceau. Mieszkałabym w domu przy plaży i miałabym osobne pomieszczenie na bibliotekę. Pomieszczenie ogromne, oczywiście. Chodziłabym na kursy języka hiszpańskiego i szwedzkiego. Miałbym mnóstwo czasu dla znajomych i na czytanie. Codziennie kupowałabym książki... Acha, mogłabym jeść wszystkie smaczne potrawy, bo kalorie spalałabym z prędkością światła ;)

Ale to nie jest idealny wtorek. Choć nie należy też do najgorszych, to jest raczej z gatunku takich sobie średniaków.
Ale już chyba mam więcej energii niż kilka dni temu (piszę tak ostrożnie, by nie zapeszyć),
więc narzekanie byłoby kuszeniem losu.

Zaglądam codziennie na stronę empiku, sprawdzając czy pojawiła się już informacja o akcji
"3 książki w cenie 2". Kilka razy już się na nią załapałam, zawsze z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich (23 kwietnia) i niecierpliwie odliczam dni do tej daty. Pytałam się już w salonie, czy pracownicy wiedzą coś o promocji, ale twierdzą, że nie otrzymali jeszcze żadnych informacji na ten temat. Pocieszam się, że to dlatego, że jeszcze jest za wcześnie... A może Wy coś wiecie?
Kupiłabym "Kradnąc konie" i nową Axelsson a trzecią książkę wybrałabym już na miejscu, bez wcześniejszego planowania. Taki spontan to by był ;)

Weekend spędziłam upojny: na spacerach, zabawie, ciuchach i chińskim jedzeniu. A gdzie byłam ? Fotka podpowie. Sobota była nieco pochmurna, ale w niedzielę już słonecznie.

Nie wiem, jak u Was  

Posted by Inblanco in ,


ale mnie dopadło przesilenie wiosenne. W tej najwredniejszej postaci, gdy nic się nie chce, zasypia się na stojąco i nawet czytanie idzie jak po grudzie. "Chcem, ale nie mogem" parafrazując pewnego polityka.

Jak sobie z tym radzę? Nijak. Tylko przeczekanie :(

Podczytuję sobie powieść Anny Kańtoch "13 anioł" i choć pomału, to z przyjemnością. Co prawda, wg opinii czytelników Kańtoch ma o wiele lepsze opowiadania, ale o tym przekonam się w innym terminie. Zauważyłam, że temat aniołów to w polskiej fantastyce temat ostatnio bardzo na czasie: i Kossakowska (od niej się chyba zaczęło?) i Ćwiek i teraz Kańtoch. Zdaje mi się, że jeszcze ktoś w ostatnich czasach pisał o tych skrzydlatych istotach.Ale nie pamiętam. Przesilenie ;)



Odebrałam wczoraj "Sagę rodu Forsyte'ów". To nowa wersja na pięciu płytach DVD. Wygląda smakowicie, ale nawet nie miałam wczoraj na tyle energii, by wrzucić do odtwarzacza choć jedną płytkę. Zjadłam za to pierwszego loda w tym sezonie - świderka amerykańskiego ...

A jutro mojego psa czeka pierwsza podróż pociągiem. Podekscytowani jesteśmy wszyscy, oprócz psa, który jest kompletnie nieświadomy, jaka przygoda go jutro czeka...


Wiosenne czytanie  

Posted by Inblanco in ,

Piękną pogodę mieliśmy w ten weekend, prawda? W sobotę rano wybrałam się z psem na spacer do lasu i było przepięknie: słonecznie, bezwietrznie, ciepło. Pojawiły się już nawet nabzdyczone bąki, których się panicznie boję a Gaja próbowała je złapać, co mnie też nieźle przestraszyło. Kłapie to psisko dziobem na takie potwory a potem będzie skomleć...
Tak się nam spodobało (i jeszcze znalazłam fiołkową wysepkę!), że w niedzielę powtórzyliśmy wyczyn. Lubię takie leniwe dni :)

Przeczytałam przez te dwa dni "Bez krwi" Alessandro Baricco i "Jednym strzałem" Lee Childa.

Baricco dla mnie to przede wszystkim autor "Jedwabiu". Czytałam coś jeszcze tego Włocha, ale teraz już nawet nie pamiętam, co to było. "Bez krwi" to krótkie opowiadanie podzielone na dwie części. W pierwszej obserwujemy zabójstwo lekarza i jego kilkuletniego synka. Ocaleje jedynie córka, jedyny świadek tej zbrodni. W drugiej części poznajemy losy tej dziewczynki, która w różnych chwilach swego życia przyjmowała różne imiona. Kim więc jest tak naprawdę? Kim był jej ojciec? Ofiarą czy katem? Bezwzględnym mordercą czy troskliwym ojcem? Czy możliwe są dwie odpowiedzi na takie pytanie? Pewnie nie tylko dwie, ale znacznie więcej. Ile mamy twarzy i która jest prawdziwa? Czym wobec tego jest maska? Proza Baricco jest jak jedwab: piękna i wyślizgująca się jednoznacznym stwierdzeniom. Dla mnie "Bez krwi" było opowieścią o tożsamości, o zemście, która potrafi stać się siłą napędową naszego istnienia. Ale to z pewnością nie jedyna możliwa interpretacja tego utworu. Taki jest właśnie Baricco.

O "Jednym strzale" Lee Childa już wspominałam, jednak pomimo humorystycznego kierunku w jakim zmierzała akcja, co moim zdaniem wcale nie było zamierzone, powieść jest wciągająca. Jeśli się zgodzimy na reguły gatunku i przełkniemy, że główny bohater jest najsprytniejszy, nieomylny i do tego zwala kobiety z nóg, to można czytać bez zżymania się na pomysły autora.
Krzepki Amerykanin pokonał tym razem starych rosyjskich wyjadaczy, którzy chcieli uniknąć kłopotów, sprowadzając je na byłego znajomego Jacka.
Dużym plusem tej książki jest to, że można ją czytać w gwarnym miejscu i hałas nie będzie nas rozpraszał. Czyta się to szybko i bez bólu zębów. Jack Reacher, twardziel po przejściach. Acha i jeszcze jest najsilniejszy. I najciszej się porusza. I coś tam jeszcze. I jeszcze. Wymieniać można w nieskończoność ;)
Czytam teraz "Bez litości" Lee Childa. To naprawdę nie boli :)

Weekendowe granie  

Posted by Inblanco in ,



Mówiłam już, że pasjami lubię grać w gry planszowe? Jeśli nie, to teraz powiem: kocham to! Zwłaszcza "Osadników z Catanu" i dodatek "Miasta i rycerze z Catanu".
W sobotę rozłożyliśmy planszę na kuchennym stole i spędziliśmy 3 godziny wśród wybuchów śmiechu, okrzyków wściekłości na złośliwe zagrania przeciwników oraz odgłosów konsumpcji różnych dobrodziejstw... słowem, było naprawdę miło. Polecam tę grę, bo ma w sobie niezwykłą siłę przyciągania. Kto zagra raz, szuka możliwości kolejnych rozgrywek. I słusznie ;)

W niedzielę obejrzałam Bonda w kasynie, czyli "Casino Royale". Jak dla mnie, to w końcu film do obejrzenia. Poprzednie odcinki z agentem 007 w roli głównej, były za bardzo komiksowe. Ale nie były to ani filmy sci-fi ani akcji... takie hybrydowe niewiadomo co. Owszem, milo patrzyło mi się na Bondów, zwłaszcza na Seana i Pierce'a, ale i tak Daniel wymiata ;)
Jedynym takim oczywistym ukłonem w stronę tradycji była postać złego bohatera: Le Chiffre, który choć na szczęście nie był chodzącym wcieleniem zła, to cierpiał na makabryczną i właśnie "bondowską" przypadłość, czyli zdarzało mu się łzawić na czerwono. Tak, to było złe bydle, ale postać została tak poprowadzona, ze można sobie faceta wyobrazić, jak rano je na śniadanie tosty z masłem a nie pieczone małpie móżdżki...

A poza tym... Daniel Craig ... ech...

:)

Gdy zamknę prawe oko to ...  

Posted by Inblanco in

... przenoszę się na wrzosowiska rodem z "Wichrowych Wzgórz".

Umiejętność tę posiadam w ściśle określonej przestrzeni: na bocznicy kolejowej, która to jest ulubionym miejscem spacerów Gai. Spędzam tam z nią co najmniej godzinę. Niby nic, ale wgapianie się przez taki okres czasu w węszącego, kopiącego doły, fikającego psa ma swoje skutki uboczne. Fiksacje w odbiorze rzeczywistości ;)
Do tego aura mi dzisiaj pomogła. Sine chmury, mroźny wiatr, padający śnieg i przebijające się od czasu do czasu przez grubą warstwę stratusa promienie słoneczne sprawiły, że spacer był prawie romantyczny.

Prawie, bo po prawej stronie pomalutku powstaje dzikie wysypisko. Ale wystarczy zamknąć prawe oko ... Heathcliffie, to ty?
Idziemy, Gaja. Nikt nie woła.*


*dzisiejszy występ sponsorowała panna Bronte i Adaś M.