Pozwólcie więc, że swój stosunek do twórczości autora niezapomnianego Garpa wyłuszczę, posiłkując się upraszczającymi co prawda zbiorami, ale za to wprowadzającymi ład i porządek.
Zbiór nr 1
(czytaj: uwielbiam, lubię, cenię)
- Świat wg Garpa
- Jednoroczna wdowa
- Regulamin tłoczni win
- Metoda wodna
- Ostatnia noc w Twisted River
Zbiór nr 2
(niby się podoba, ale mogłabym dyskutować o tym sama z sobą)
- Modlitwa za Owena
- Małżeństwo wagi półśredniej
Zbiór nr 3
(nic nie rozumiem, nie podoba mi się, nawet nie doczytałam do końca)
- Syn cyrku
- Czwarta ręka
- Zanim cię znajdę
Jak więc widać, ostatnie spotkanie z pisarzem było nadzwyczaj udane.
W "Ostatniej nocy w Twisted River" było wszystko to, co lubię u Irvinga. Podkreślane przez wszystkich recenzentów powtarzalne motywy też mi nie przeszkadzają; to nawet zabawne, obserwowanie, co też tym razem mój ulubieniec zrobi np. z niedźwiedziem;) Zabrakło mi jedynie Wiednia, który tak często przecież pojawiał się w innych powieściach.
Irving jest gawędziarzem, który upodobał sobie groteskę jako główną kategorię estetyczną. Konfiguracje, w których ukazuje swoich bohaterów bywają więc... nieprzewidywalne i niejednokrotnie absurdalne. Siłą Irvinga jest to, że nie prycham czytając o pokręconych kolejach życia bohaterów, nie odkładam książki, wzruszając ramionami. Czytam zachłannie dalej, chociaż, przyznaję, nie zawsze rozumiem czemu (taka "Modlitwa za Owena" to świetny przykład - doskonała historia, wartka opowieść, a zakończenie tak przekombinowane, że do szału mnie doprowadza. Tak niewiarygodne i ckliwe, że nawet groteska nie uratowała tego. Gdyby ogłosić konkurs na najgorsze zakończenie powieści, Owen wygrywa w cuglach! Ba! Nie ma żadnego godnego konkurenta!)
Historia, która rozpoczyna się w Twisted River może z powodzeniem uwieść czytelnika. Śledzimy losy bohaterów na przestrzeni kilkudziesięciu lat, obserwując zmieniających się ludzi i świat wokół nich. Tragiczne wydarzenia pewnej brzemiennej w skutki nocy rozpoczną wieloletnią odyseję ojca i syna, która zamieni się w opowieść o rodzinie, miłości ojcowskiej, roli przypadku w życiu, cierpieniu, dorastaniu. To stary, dobry Irving.
Jednak akurat w tej książce jest coś jeszcze.
"Najbardziej zaś bolało go trywializowanie jego powieści. Prozę Danny'ego Angela przetrząsano w poszukiwaniu wątków autobiograficznych, krojono ja na części i wywracano na nice, węsząc za tym, co nosiło choćby znamiona wspomnień. No, ale czego się spodziewał?"
Główny bohater, Danny, jest pisarzem. Wydał kilka powieści, np. o wojnie w Wietnamie, czy poruszającą problem aborcji. Danny'emu krytycy zarzucają "że się powtarza', wplatając te same motywy do swoich kolejnych książek. Nie zapominajmy również o dzikim upodobaniu pana Angela do średników. Brzmi znajomo? No właśnie! Wypisz, wymaluj: John Irving.
I teraz nie wiem, czy to grożenie mi palcem, bo ja również doszukiwałam się wątków biograficznych w kolejnych książkach pisarza. Nie dlatego, że jestem wścibską babą, ale dlatego, że skoro np. śmierć syna powraca w kilku utworach, to zaczynam się zastanawiać: skąd ta obsesja?
"Pierwsze pytanie zawsze dotyczyło bowiem tego co "prawdziwe" w tej czy innej z jego książek. Cz główny bohater to postać wzorowana na rzeczywistej osobie? Czy wydarzenia najbardziej zapadające w pamięć (czytaj: najbardziej niszczące i tragiczne w skutkach) "naprawdę" przytrafiły się komuś, kogo pisarz zna lub znał?
Powtórzmy raz jeszcze: czego Danny się spodziewał? Czy sam nie prosił się o podobne pytania?"
Gra, którą Irving toczy z czytelnikiem przypomina niebezpieczną jazdę kolejką górską. Sam zaprasza do szalonej jazdy, pościgu za sobą, by w momencie największego pędu pokazać palec. Środkowy;)
Jednak jest na tyle uczciwy, by przyznać, że przecież sam zaprosił nas na tę przejażdżkę.
Bilet na kolejną rundę już kupiłam , bo na biurku dumnie puszy się mój najnowszy nabytek. "Hotel New Hampshire". Będzie ostra jazda?
"Heliogabal, wnuk Mezy" to interesująca, także pod względem formalnym, powieść historyczna, skierowana do dorosłego czytelnika. Bardzo lubię ten gatunek, chętnie czytam o starożytności ale zazwyczaj za głównych bohaterów obiera się pamiętane z lekcji historii postaci, co przy lekturze 348 książki o takim np. Cezarze może już trochę zniechęcać.
Nowacka unika tej pułapki i skupia się na mało znanym acz kontrowersyjnym władcy Rzymu, o którym, co dziwne, nie wspomina się w szkole... Informacje byłyby zbyt szokujące dla niewinnych uszu młodzieży? W sumie, coś jest na rzeczy. Heliogabal, nawet w oczach historyków, to władca, któremu głownie pamięta się jego ekscesy i dziwactwa. Był zdziecinniałym, otyłym, bezkrytycznym względem siebie... dewiantem? lubieżnikiem? chorym człowiekiem? Autorka próbuje odpowiedzieć na to pytanie i posiłkuje się tutaj tzw. "montażem literackim". Powieść bowiem składa się z 3 uzupełniających się i przeplatających elementów: autentycznych przekazów z epoki, współcześnie prowadzonych wywiadów z lekarzami różnych specjalności oraz części właściwej, czyli narracji Julii Mezy, babki tytułowego bohatera.
Moim zdaniem ten sposób prezentacji problematyki jest całkiem ciekawy. Zwłaszcza, że czasami te relacje stoją ze sobą w sprzeczności lub całkiem niespodziewanie podkreślają ważność pewnych wydarzeń lub zachowań, które mogłyby umknąć uwadze czytelnika.
Jednak to nie Heliogabal jest tutaj głównym bohaterem. To nie jego "patologiczna barwność" jest najistotniejsza. Fascynującą postacią okazuje się Julia Meza - oschła, bezwzględna i ambitna babka młodego cesarza:
"Na pewno był mi bliski ten mały śliczny chłopiec, bo bliskie jest człowiekowi to, co stworzył, by osiągnąć cel. I tak było aż do chwili, gdy okazało się, że stworzone przeze mnie narzędzie jest niedoskonałe, zawodzi. Starałam się naprawić i ulepszyć to, co się naprawić dało, a potem przyszła myśl, że należy odrzucić narzędzie, które jest już nieprzydatne, i sięgnąć po nowe. Mamea nazywa to brakiem serca, lecz ona na moim miejscu uczyniłaby to samo i tak samo. Znam moją młodszą córkę i nie mam złudzeń."
Meza zadziwia przyznaniem się do braku jakichkolwiek emocji. Jej jedynym celem w życiu jest władza i tylko jej zdobycie się liczy. Mąż? Córki? Wnuk? To narzędzia, jak sama mówi, które mogą się przysłużyć sprawie lub jej zaszkodzić. W zależności więc od swojej przydatności zostaną wykorzystane lub wyeliminowanie.Nie ma miejsca tutaj na żadne sentymenty.
Jak można oceniać zachowanie Mezy lub młodego Cezara? Czy nasze poczucie moralności może być tutaj miarą? I wreszcie, co takiego się stało, że zarówno babka i wnuk zapisali się w historii jako potwory? Czy to władza tak bardzo deprymuje? Czy może władza przyciąga już zepsutych ludzi?
Po lekturze książki Nowackiej wiem, kim byli Heliogabal i Meza. Jednak cenię tę powieść nie tylko za zdobytą nową wiedzę. Ja zwyczajnie uwierzyłam autorce, że tak to mogło wyglądać: Oto Rzym, roku 218. Nastały ciężkie czasy...
Podobało mi się.
Zmobilizowałam się również do tego, by w końcu napisać coś o jednej z wyróżnionych pozycji.
Na początku roku czytałam "Serce narodu kolo przystanku" Włodzimierza Nowaka, ale nie napisałam notki, bo nie miałam na nią konceptu. Przyznam też, że nie ten zbiór nie uwiódł mnie równie mocno, co poprzedni tytuł Nowaka, czyli "Obwód głowy" .
Jednak obiektywnie muszę stwierdzić, że to wcale niekoniecznie wynika ze słabszej formy reportera.
Możliwe bowiem, że trudno mi polubić "Serce..." bo jak tutaj polubić brudną i szarą prowincję? Pozbawioną nadziei, przesiąkniętą na wskroś stagnacją? I ci biedni, mali, szarzy ludzie. Ludzie bez życia, bez szans na lepszy los, czasami świadomi piekła nijakości i bylejakości i tego, że znaleźli się w miejscu opuszczonym przez Boga. W świecie, w którym piękno to co najwyżej ładna pani z meksykańskiej telenoweli.
Przygniata ten zbiór swoją wymową a ukojenia nie przynoszą także reportaże o pozytywnym zabarwieniu. Bo nawet wtedy czytelnik jest świadomy, że ta dobra chwila, ten miły i uczynny człowiek jest jakby z innej bajki...
Innej?
Nie mam ulubionego reportażu w "Sercu narodu koło przystanku". Nie wszystkie pamiętam po tych kilku miesiącach. Najbardziej zapadł mi w pamięć ten o młodym chłopcu, który zginął, bo był zmęczony pracą ponad siły i brakiem odpoczynku. Pamiętam do teraz opis jego tenisówek, które po nim zostały.
Wrażenie robi też otwierający zbiór tekst o osiłkach stosujących dopalacze, by stymulować przyrost mięśni, by "zdobyć" właściwy obwód bicepsa. Kwestia zdrowia, konsekwencji przyjmowania specyfików różnej maści kompletnie się nie liczy, bo to przecież co najwyżej problem przyszłości. Liczy się teraźniejszość. Tu i teraz. Zawsze.
I może to nasz główny problem?
Mariusz Szczygieł. Z cyklu: Muži mého života, nebo dějiny mé platonické lásky
Posted by Inblanco in przeczytane
Jest tak wiele rzeczy, za które lubię Mariusza Szczygła. Najbardziej za jego miłość do wszystkiego, co czeskie i za pasję, z którą rozprawia o tej niezaprzeczalnie wielkiej love story.
Jako autor "Gottlandu" zebrał już zasłużone laury i o dziwo, doceniono go za ów zbiór reportaży zarówno zagranicą jak i u nas. Cud jakiś, nieprawdaż? ;)
Wciąż czekam na okazję, by posłuchać Szczygła na spotkaniu autorskim: jestem ciekawa jego kontaktu z czytelnikami, bo na mnie sprawia on wrażenie bardzo nieśmiałego człowieka. Ale również takiego, który się zapala, gdy mówi o tym, co kocha.
Lubię go też za to, że odkrył nie tylko Czechów i pokazał nam ich w nowym świetle, ale za to, że tak pięknie pisze o swoich przyjaciółkach.
O Zofii Czerwińskiej, której legendarne już zdanie również i ja pozwolę sobie zacytować: "Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej", bo nieodmiennie wprawia mnie w dobry nastrój (chociaż może nie powinno;) i zawsze wywołuje uśmiech na twarzy.
Przybliżył mi Hannę Krall, która nie jest już dla mnie tylko Wielką Literatką, ale tak po ludzku, mądrą i ciepłą kobietą. To, że pokazał mi ją w przysłowiowych kapciach wcale nie umniejszyło mojego podziwu dla jej talentu, bo i niby czemu by miało? Pozwoliło mi to jednak na prowadzenie prawie prywatnej rozmowy z Hanną Krall i jej bohaterami, podczas lektury kolejnego zbioru opowiadań czy reportaży autorki "Sublokatorki". To skrócenie dystansu pomaga, przynajmniej mi.
Lubię więc Szczygła. Tak.
Kupiony wczoraj i wczoraj przeczytany. To nic, że kupiłam zbiór z reportażami, które były mi znane już wcześniej, oprócz tego jednego, tytułowego.
To nic, że okładka* jest z rodzaju tych milusich i słodkich, z różowa wstążeczką w środku i że aż strach wziąć książkę do ręki, bo ma się wrażenie, że może zaraz pod wpływem dotyku uruchomi się muzyczka. Pewnie byłoby to "Dla Elizy"... jak w tych koszmarnych, samogrających kartkach imieninowych... brr...
"Kaprysik" ma podtytuł a brzmi on: "Damskie historie". I o tym jest ten zbiór, o kobietach i ich losie. Największe wrażenie robi na mnie wciąż opowieść pt. Reality poświęcony Janinie Turek. Po jej śmierci rodzina odkryła prawie 800 (!) zeszytów z zapiskami prowadzonymi przez matkę od lat 40. XX wieku. Nie są to dzienniki ani pamiętniki, to raczej statystycznik, bo Janina notowała wszystko: co zjadła na śniadanie, kogo spotkała mimochodem a kogo przypadkiem (bo jest w tych spotkaniach zasadnicza różnica), jakie oglądała programy telewizyjne, do kogo dzwoniła, ile dała prezentów a ile sama otrzymała, itd. Wszystkie czynności były skrupulatnie wpisywane w odpowiednią rubrykę.
Czemu? Nikt nie zna na to pytanie odpowiedzi: ani Szczygieł ani rodzina. Psychiatra podpowiada, że może to być nerwica natręctw z czym z kolei zupełnie nie zgadza się córka pani Janiny. Sama zainteresowana ukrywała przed rodziną swoje zacięcie do niezmordowanego podsumowywania życia w tych zeszytach.
Dla mnie jest to jedno z najbardziej przerażających studiów ludzkiej samotności i wyobcowania. Możliwe, że źle interpretuję działania bohaterki reportażu, ale wg mnie zeszyty miały wprowadzić porządek do chaosu, nadać ładu codzienności z którą trudno było się zmierzyć. Nie dostrzegam tutaj tego, co sugeruje Mariusz Szczygieł: że byc może to proba nadania znaczenia prozie życia, uchwycenia ich, nim przeminą na zawsze.
Mnie ten reportaż przeraża, ma niesamowitą siłę rażenia - przynajmniej dla mnie.
Pozostałe felietony są równie dobre. Nieznany mi, czyli "Kaprysik" to śliczny obrazek z życia małomiasteczkowej pani doktorowej, która raz do roku zjeżdża z walizami (chciałoby się powiedzieć: z kuframi;) pełnymi strojów i kapeluszy do szczecińskiego fotografa. Przybiera pozy, stroi się, zmienia. I uwiecznia ten proces na zdjęciach. Kiczowatych ale posiadających przedziwnie nostalgiczny klimat. I znów mnożą się pytania: dlaczego to robi? Czy to wynik tęsknoty za innym zyciem? Inną sobą? Czy to jedyna chwila, w ktorej zwycięża w bohaterce pani Bovary?
Polecam.
No i na koniec, na deser, to co lubię najbardziej. Szczygieł i Czechy. A już Szczygieł mówiący po czesku, to jak sam autor się wyraził: metafizicky orgasmus ;)))
http://www.ceskatelevize.cz/ivysilani/210522161600009-vsechnoparty/obsah/105779-mariusz-szczygiel/
Szczygieł opowiada o początkach swojej czechofilskiej przygody; o tym, skąd wzięła się polska miłość do Ivana Mladka (bo wg Polaka wygląda jak typowy Czech - ale jedynie w klipie "Joźin z Bazin";) o nieuprzejmych i klnących praskich kelnerach (polib mi prdel - to nie zaproszenie do ponownych odwiedzin, to czeska wersja angielskiego, wielce popularnego zwrotu: kiss my ass) o polsko-czeskich stereotypach, o seksie po polsku, o polskich deficytach w dziedzinie kultury, i o przepaści. "Pokaż Polakowi przepaść a natychmiast w nią skoczy" - jak ponoć wyraził się o nas Victor Hugo ;)))
Słucham i słucham, i wciąż się śmieję.
Lubię Mariusza Szczygła :)
A Wy?
*wiem, że ten projekt graficzny celowo igra z kiczem, że ma to być zabawa stylistyczna, ale do mnie jednak nie przemawia. Różowe brzydactwo, ale jak wiadomo nie ocenia się książki po okładce. Święte słowa.
Paweł Beręsewicz zasłużenie zgarnia nagrody literackie i staje się ulubieńcem czytelników, bez względu na ich wiek. Lubiliście Bahdaja? Lach? Ożogowską? Beręsewicz kontynuuje tę znakomitą przecież, tradycję polskiej powieści dla dzieci i młodzieży, ale przy tym jest sobą a nie kopią mistrza Bahdaja.
Znakomite poczucie humoru, warta akcja, inteligentni bohaterowie i jakiś taki optymizm bijący z każdej powieści Beręsewicza, który ja odnajduję również u Musierowicz. Czujecie się już zachęceni?
Nie? To fragmencik:
"Kiedyś, jeszcze w przedszkolu, nasza pani - pani Ania o ile dobrze pamiętam - postanowiła porozmawiać z nami na temat tatusiów. "Kto to jest tatuś?" - zapytała i wszystkie starszaki odpowiadały swoimi rozklapanymi głosikami: "Tatuś to taki naplawiac, jak coś się zepsuje", "Tatuś to taki siłac, co mnie udźwiga jedną lącką", "Tatuś to taki pan, co siedzi w Anglii i kiedyś do nas psyjedzie". Moja odpowiedź przeszła do rodzinnej historii. Wszystkie babcie i ciocie do dziś ją cytują, ilekroć przychodzą i ze zdumieniem stwierdzają, że rosnę. "Tatuś to taki blodac - powiedziałem wtedy - co mnie moze obronic psed złymi ludziami". Tatę szczególnie rozczuliła ta część o "blonieniu psed złymi ludziami".
I jak?
:))))
"Tajemnica człowieka z blizną" jest skierowana do nieco starszego czytelnika niż saga o Ciumkach, ale nie sądzę, żeby lektura tej książki nie przypadła do gustu i dzieciom młodszym.Zwłaszcza, gdy w lekturę zaangażuje się cała rodzina.
Główny wątek opiera się na tezie, że dzieci nie znają swoich rodziców, czy może aby być bardziej precyzyjną, życie mamy i taty wg pociech rozpoczyna się dopiero w momencie szczęśliwych narodzin potomków. No, może od ślubu... Ale żeby tak rodzicielka chodziła do szkoły? Miała koleżanki ze szkolnej ławy? Usypywała babki w piaskownicy? O tej prehistorii dzieci myślą w kategorii wydarzeń starożytnych, czyli było to dawno i nieprawda.
Główny bohater, Jasiek, zostaje więc skonfrontowany z zagadką: skąd jego tata ma bliznę? Aby poznać odpowiedź na to intrygujące pytanie, podejmuje działania, które zaprowadzą go do różnych, dziwnych "odkryć". Zadaje pytania, poszukuje "dowodów" wreszcie snuje domysły (ma chłopak wyobraźnie, oj ma:)
o tym, co mogło się dziać w przeszłości taty. Jasiek zaludnia ją przerażającymi zombi, romansem ojca z Umą Thurman, a nawet staje oko w oko z genialną kradzieżą najsłynniejszego obrazu Van Gogha.
Co z tej wyliczanki było prawdą? Główny bohater wspólnie z nieoczekiwanym sprzymierzeńcem (który łamie stereotypy i to jeszcze jak!) dojdzie w końcu prawdy. Ale, jak w każdym dobrym dreszczowcu, choć zakończenie przynosi satysfakcję, stawia również kolejne niepokojące pytanie.
A wszystko przez niesforny wiatr...
Dwa dni temu usłyszałam od 12-latka skargę: mam dosyć książek z happy endem! Nie jest szczególnym wielbicielem słowa pisanego, ale coś tam czyta i jak twierdzi zawsze trafia na słodkie opowiastki. Jest więc żądny krwi i horroru...
Co może spełnić jego wymagania? Seria Michaela Gone'a wpisuje się w te nastoletnie pragnienia znakomicie ;)
Z tym, że o ile w przypadku pierwszej części miałam jeszcze jakieś wątpliwości, czy taki 12-latek może to czytać, to w przypadku drugiej już nie mam. Nie powinien, moim zdaniem. Jest brutalniej i bardziej makabrycznie. A zakończenie przeraża nawet dorosłego... (czyli mnie;)
Na książkę nie mogłam się już doczekać i gdy kurier przyniósł mi ją w piątek, pomyślałam, że po ciężkim tygodniu w pracy, taki początek weekendu zdaje się wymarzony. W sobotę zaczęłam czytać, w niedzielę skończyłam. I chcę wiedzieć, co będzie dalej...
Tym razem autor odsłania trochę tajemnic Perdido Beach. Podaje możliwe przyczyny mutacji niektórych mieszkańców miasteczka, zbliża się do wyjaśnienia tajemnicy nagłego zniknięcia wszystkich dorosłych, itd. Ale tak jak w "Lostach" gdy pojawi się odpowiedź na jedno pytanie, w to miejsce mnożą się kolejne zagadki. To utrzymuje czytelnika w napięciu, choć może też irytować osobników o słabych nerwach ;)
Seria ta coraz bardziej zresztą kojarzy mi się z serialami. Wspomniałam już o "Lost" ale nie bez kozery będzie tutaj przypomnieć o "Jerycho": historii miasteczka nagle odciętego od świata. To bardzo nośny temat, taki izolacja i postawienie wymuskanych przez cywilizację "mięczaków" twarzą w twarz z bezwzględną walką o przetrwanie. Ja w każdym bądź razie bardzo lubię takie opowieści (ale "Jerycho" ma dobrych tylko kilka początkowych odcinków - potem robi się przewidywalnie)
Czy książki Granta też zostaną sfilmowane? Mam nadzieję, że nie. Bo szczerze mówiąc potwory i mutanty naprawdę straszące w trakcie lektury, zamienione w konkretną, namacalną "postać" moim zdaniem zaczną śmieszyć... I wyjdzie z tego potworek na kształt "Power rangers", które swoją plastikową konwencją przerażały w weekendy na Polsacie (chyba?)
Druga część "Gone" nie zawładnęła mną tak, jak część pierwsza. Wciąż czytałam z przyjemnością, ale już bez obgryzania paznokci. Może to kwestia przywyknięcia do kolorytu świata przedstawionego w Perdido Beach? Nie wiem. Było krwawo,strasznie i od czasu do czasu refleksyjnie...
Czekam więc na część trzecią.
Ten Rambo i Chuck Norris w jednym, samym swoim pojawieniem się na horyzoncie plaży w Koluszkach (że w Koluszkach nie ma plaży? Hm. Odważ się i powiedz to Reacherowi...) od razu zmienia bieg wydarzeń. Niesforny sąsiad z lewej, błyskawicznie wyłączy radioodbiornik. Paniusia po prawej natychmiast ruszy pozbierać walające się w promieniu kilkunastu metrów skorupki po jajkach na twardo, ktorymi raczyła się 3 godziny temu. A przystojny ratownik zaoferuje, że z ogromną chęcią posmaruje ci plecy kremem... Tak, tak, drogie panie. Jack Reacher jest w mieście. Tfu, znaczy się na plaży.
Przeczytałam kilka powieści Childa, ale nie wiem, które to były. Tytuły, po tygodniu od lektury, nic mi już nie mówią. To chyba typowe w przypadku takiej literatury, podobnie mam z Cobenem, którego, co prawda słucham, bo jak pisałam tutaj, czytać nie daję rady, ale hasło "Krótka piłka" czy "Elita zabójców" nie wywołuje odzewu typu: znam bo czytałam/słuchałam. Jedynie kojarzę autorów a i to nie zawsze.
Dlaczego więc nadal czytam powieści Childa? Och, to proste. Jego książki to sensacyjno-literacka realizacja amerykańskiego mitu. Nie tego o bogactwie, co to od pucybuta do milionera, nie, nie ( bo to przykład amerykańskiego snu przecież ;). Mam więc na myśli ten o silnym, niezależnym, ostatnim uczciwym, który z bliznami na ciele i duszy walczy o dobro i sprawiedliwość. Bo tylko on może pokonać złych ludzi szeryfa (korporacji, bankierów, rosyjskich mafiozów, itd). Postać rodem z komiksu ale duchem i sercem amerykańska do szpiku kości. Z całym zadęcięciem, jakie tylko Amerykanie potrafią zaprezezntować.
To produkt, ktorego zwyczajnie nie można brać serio, więc gdy zaczyna się czytać o przekornym Jacku, nie ma mowy, żeby nie poprawiło Wam to humoru. Gwarantuję:)
Jedynym minusem jest to, że na poprawę humoru działa tylko jedna książka. Gdy w oparach szczęścia i radości natychmiast sięgnięcie po drugą, grozić Wam będzie natychmiastowy i gwałtowny spadek cukru. Ale to logiczne: zjesz jeden kawałek tortu, jesteś w niebie. Zjesz dwa i marzysz o zamrożeniu trzewi. To już nawet nasze babcie wiedziały. Słuchajcie więc, dziatki, bo słusznie prawią starsi.
"Nic do stracenia" to typowa powieść o Reacherze, bohaterze znikąd, ktory po wykonaniu zadania, zbałamuceniu miastowej ślicznotki, w blasku zachodzacego słońca opuszcza miasto. Niestety, nie na koniu. Zazwyczaj jakąś cieżarowką albo ciemnozielonym pickupem. Zostawiając za sobą wdzięcznych mieszkańców i kto wie ile zaciążonych, wspomnianych już wyżej, ślicznotek.
Tak zazwyczaj wygląda początek i koniec każdej historii z JR. Środek wypełniają kopniaki (z półobrotu!), mordobicie, strzelaniny, pościgi, wybuchy... Oj, dzieje sie, dzieje, przy tym nie brak poczucia humoru autorowi. I pewnie dlatego czyta się to błyskawicznie. Jeden dzień i przeczytane. Z dużą dozą przyjemności.
Do zobaczenia więc za kilka miesięcy, mój ty mięśniaku, ty.
PS. Czy ktoś słyszał o filmowej wersji tych powieści? Albo chociażby o planach sfilmowania? Ja nie. I jakoś tak mi to dziwnie pasuje do tezy, że o ile w wersji papierowej czytelnik jest w stanie przyswoić dużą dozę idiotyzmów, to już w filmie okazałoby się, że nie ma niczego, co mogłoby posłużyć za najmniejszy nawet listek figowy. Przy najlepszym nawet reżyserze dzieło o JR okazałoby się co najwyżej filmem klasy C. Ale Segale, VanDammy i tym podobni powinni drżeć... Reszta raczej nie odczuje zagrożenia.
Styl utworu często bywa poetycki, gęsty od metafor, skupiony na detalu. Te fragmenty są przepiękne ale i trudne w recepcji, przynajmniej dla mnie. Zdarzało się, że gubiłam wątek, nie wiedziałam, który bohater doszedł teraz do głosu, co opisuje narrator: przeszłośc czy teraźniejszość? Wracałam więc do początku strony i czytałam raz jeszcze.Warto było.
Ale ten tekst to nie tylko liryczność. To również ironia i melodia języka mówionego.
- Mala? - odezwała się pani Tecia. Dzięki niej poznałem imię pierwszej staruszki. - Gdzie ty byłaś? Ja ciebie szukałam w lesie, ty wiesz?
- Ja byłam tu cały czas. Ja w ogóle się stąd nie ruszałam - pani Mala przyjęła postawę obronną. Widać bała się pani Teci.
- Jak ty tutaj byłaś, skoro ciebie tutaj nie było? - pani Tecia spojrzała groźnie.
Ondulowana głowa jeszcze bardziej odchyliła się od pionu.
- A skąd ty możesz wiedzieć, kiedy ty byłaś w lesie?
- To ja ci mówię. Dlatego ja poszłam do lasu, żeby ciebie szukać.
- A co to jest, chowanego? Po co tyś mnie szukała, jak ja siedziałam tu na leżaku?
- Ja się martwiłam o ciebie! Jak normalny człowiek. Tyś poszła i nic nie powiedziała.
- Ale ja cały czas tutaj byłam - pani Mala nie zamierzała ustąpić
- Aj, daj ty mi święty spokój! - pani Tecia tym razem obraziła się już na dobre. - Widzicie ją, królowa!
Ruszyła dalej alejką. Pani Mala dwa kroki za nią, drobiąc nogami.
- Ja nie rozumiem, czego ty chcesz. Czego ty mnie męczysz?
Słyszycie to? Ta składnia, mnóstwo zaimków, akcent wreszcie. A co za poczucie humoru!
Paziński potrafi również zaskoczyć czytelnika, wprowadzając go w szczegółowy opis takiej np. poduszki. Początek tradycyjny, szkolny nawet. Oto poszewka z wyblakłą, zieloną pieczątką pensjonatu. Od utyskiwania, że zazwyczaj za mała, poprzez refleksje natury antropologicznej aż po konkluzję. Zaskakującą ;) Czytelniku, miej się cały czas na baczności:
W domach wczasowych poduszki zawsze są ciut za małe, jakby obsluga żałowała gościom tych kilku piórek czy kłębów waty. Waty najpewniej, bo pierze drogie. Kiedyś piernaty dawano pannie młodej na wesele. Cała rodzina się na nie składała. Żeby młodzi mieli miękko, kiedy już będą razem. A teraz? Lekarze mówią, że wielka poduszka niedobra jest na kręgosłup i lepiej spać na płaskim. Ale na płaskim człowiek zawsze zdąży się wyspać. Za wszystkie czasy się wyśpi!
Ale nie tylko dlatego ta ksiązka mi się podobała. To rozprawa o przemijaniu, o tym, co nas kształtuje, o pamięci, która bywa błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie, o odwiecznym porządku świata:
Pan Leon, pan Abram, babcia i pani Tecia. Ze swoim piętnem tego, co było i co z chwilą, kiedy odeszli, na powrót zapadło się w nicość. Ich życie i moje, wśród cieni, pośród duchów i z duchami - zamiast promieni świeżego słońca. Za to gorzki smak przemijania. I zbyt wiele starości. Zbyt wiele lekarstw, pokasływań i wspomnień o tych, których już nie ma. Których zabili na wojnie. Którzy później umarli, wyjechali albo jakoś się rozproszyli po świecie. Krajobraz melancholijny. Tak już musi być. Pewnie całkiem odwrotnie, niżby życzyli sobie oni, którzy wprowadzali mnie w świat i mieli ambicję wskazywać drogę. Zawsze wszystko wychodzi na odwrót.
Narrator, młody mężczyzna, przyjeżdża do tytułowego pensjonatu, by skonfrontować własne wspomnienia z rzeczywistością. Odwiedzał to miejsce jako mały chłopiec, przebywał wśród Żydów, naznaczonych piętnem wojny i holokaustu, i słuchał opowieści tych ludzi. Nasiąkał nimi. Pamięta dużo, ale ma poczucie winy, że wspomnienia się zatracają a wraz z ułomną pamięcią w niebyt odchodzą bohaterowie jego dzieciństwa.
Powinienem był kiedyś zapytać, teraz nie ma już kogo. Za późno. Wcześniej było za wcześnie albo ja byłem za młody. Ze starymi nudno. Więc nie niepokojeni zabrali swoją pamięć ze sobą. Czas nie zna nawrotów, a ślady przeszłości rozsypują się prędko, jak drobiny popiołu wzniecone wiatrem, lecące ku czterem krańcom niewidzialnego świata.
To pragnienie ocalenia przeszłości jest brzemieniem, które rzutuje na całe życie mężczyny. Łatwiej jest mu bowiem stawić czoła czasom minionym, niż jako przedstawicielowi młodego pokolenia, niezniszczonego bezpośrednio przez doświadczenia wojny, ruszyć do przodu. Rzeczywiście?
"Łatwiej dojrzeć zetlały cień tego, co przeminęło, niż jutrzenkę przyszłego życia"
Kim jest więc bohater? Wizyta w pensjonacie pozwala mu częściowo znaleźć na to pytanie odpowiedź. Odkryć swoj Początek.
I dzisiaj już wiem, że to stamtąd, z tamtej jadalni bierze się stale mi towarzyszące poczucie życia na wyspie, nieadekwatności czy niedopasowania. I że pesymistyczna świadomość tego, że wszystko przemija, jest stare i pozbawione szans na kontynuację, skazane na zdziwaczenie, wynaturzone i pokryte szronem siwizny, sięga korzeniami właśnie tamtego czasu, kiedy podpatrywałem doktor Kamińską i pana Chaima, jak z trudem drobią kroki u kresu leśnej alei.Trudno mi się pisze o ksiązkach tak autentycznych i szczerych. Najchętniej wstawiłabym same cytaty, bo one najpełniej oddają intencje autora. Atmosfera utworu przypomina mi trochę "Sanatorium pod Klepsydrą" i "Czarodziejską Górę". Skarletka w swojej recenzji wspomina o Prouście. Coś w tym jest.
Nie przegapcie tej powieści. Powieści zbudowanej z szeptow i krzyków jej bohaterów.
Wiem już, co będę czytać. Co może pasowac do tej Syberii za oknem? Och, to zupełnie proste.
Romans.
Tak.
Indie? Świetnie!
Upał? Poproszę!
"Na wschód od słońca" - juz nawet tytuł wchodzi w dysputę z pogodą za oknem. I ja w tym sporze opowiadam się za Indiami ;)
Na okładce wytłuszczonym drukiem pyszni się fraza: "najlepsza powieść romantyczna 2009 roku" i powiem Wam, że owo sformułowanie to dla mnie źródło zadziwienia.
Bo, po pierwsze, kto przyznał ten tytuł? Na jakich zasadach orgaznizuje się ów konkurs? Czy w ogóle się organizuje? Może to samozwańczy redaktor, np. z Horse & Hound postanowił określić tak tę powieść? Ugiął się pod naciskami żony? A może był szantażowany przez autorkę, która weszła w posiadanie kompromitujących go zdjęć? Pytań mam mnóstwo a odpowiedzi znikąd...
Sama opowieść nie jest niczym oryginalnym, ale przeczytałam ją bez zgrzytania zębami. Największą zaletą jest czas i miejsce, w którym autorka umieściła akcję swojej debiutanckiej książki. Trafiamy z 3 głównymi bohaterkami do Indii a że jest rok 1928, brytyjska "perła w koronie" zaczyna coraz donośniej mówić o niepodległosci. O nią walczy m.in. Mahatma Gandhi. Ten wątek nie jest oczywiście najważniejszy w książce, ale niepokoje polityczno-społeczne zostały przez Gregson calkiem sugestywnie zaprezentowane.
Na tle perypetii miłosnych Vivy, Rose i Tor odmalowane zostają kontrasty kulturowe pomiędzy światem zachodnim a wschodnim, ale także pomiędzy kobietami: Brytyjkami a Hinduskami, pomiędzy samymi Brytyjkami w końcu. Samodzielna, niezależna kobieta w owych czasach to wciąż rzadkość a do tego może się spotkać z ostracyzmem za swoje "nowoczesne myślenie".
Najpopularniejszy ówczesny model wychowania dziewczyny, to wysłanie jej do szkoły, aby nauczyła się, jak zdobyć męża. Uniwersytety, jak słusznie zauważono, do tego nie są potrzebne.Takie poglądy wyznawali bliscy Rose i Tor, na drugim biegunie zaś znajdowała się Viva z jej potrzebą wolności i decydowania o sobie. Bez względu jednak na wyznawane poglądy i stopień emancypacji, każda z nich była samotna. Każda z nich bała się owej samotności i poszukiwała sposobu by jej zapobiec. To jest główny wątek powieści Gregson.
A teraz Indie. Smaki, zapachy, kolory kojarzące mi się z tym krajem, pojawiają się w książce. Ale jest też coś więcej: ukazanie jak Brytyjczycy systematycznie odcinali Hindusów od ich korzeni, tradycji, zwyczajów po to by upodobnić ich do siebie. Co za hipokryzja i megalomaństwo! Izolując tych ludzi od ich kultury, zmieniając ich na swój obraz, skazywali ich na niebyt . Nie byli ani Hindusami, ani Brytyjczykami.
Kim więc?
"Na wschód od słońca" to książka, w której pobrzmiewają dźwięki charlestona, szeleszczą szyfonowe suknie a kobiety szlochają w poduszkę. Na szczęście to także skwar, ulewny deszcz, aromatyczne curry i święto Diwali. Podobało mi się.

"Marianna i róże" to książka, która miała trudną i pełną wybojów drogę do czytelnika.
Najpierw, w czasach komunizmu, wydawcy wzbraniali się przyjąć tekst do druku, bo nie wierzyli, że ktokolwiek zechce poczytać sobie o codziennym życiu polskiego ziemiaństwa.
Mylili się.
Gdy tytuł ukazał się na rynku, zainteresowanie nim było tak duże, że w mig nakład się wyczerpał. Nawet drugie wydanie, w 1995 roku, nie zmieniło sytuacji: "Marianna i róże" na aukcjach internetowych osiągała zawrotne sumy.
Nie zwlekajcie więc, bo właśnie teraz macie ten komfort, że możecie wejść do pierwszej, lepszej księgarni i ściągnąć z półki dzieło Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej, uiścić w kasie należność, udać się do domu, obwieścić rodzinie, że oto nastał dzień "pizzy na telefon" i zniknąć w pokoju z książką w ręku (pamiętajcie jednak, by wyrwać sępom choć kilka kawałków pizzy - tym sposobem dłużej wytrzymacie przy czytaniu, głód w każdym bądź razie Was nie zmorzy ;).
Wspomnienia Marianny, matki siedmiorga dzieci, pani domu i oddanej patriotki, czyta się prawie jednym tchem. Prawie, bo na jedno posiedzenie książka jest zbyt długa i niestety czasami przynudnawa.
Ale na szczęście fragmenty tzw. męczące, są w zdecydowanej mniejszości. Chyba, że ktoś lubi czytać o powstaniu kółek rolniczych, poznawać życiorysy osób zaangażowanych w rozwijanie się owych nowinek gospodarczych, itd.
Poza tym, to pasjonująca saga rodzinna. Z pełnokrwistą główną bohaterką, którą zazwyczaj darzy się sympatią. Zazwyczaj, gdyż Marianna bywa również jęczącą, mocno konserwatywną i niesprawiedliwą kobietą - ale właśnie za tę łyżkę dziegciu jeszcze bardziej polubiłam panią Jasińską z Malinowskich.
Książka ma w sobie gwar i rozgardiasz domu pełnego ludzi, bezwiednie wciąga czytelnika w wir wielopokoleniowej rodziny. Jest pełna szczegółów i informacji o przeszłości, podanych w niesamowicie smaczny sposób.
Wzruszały mnie fragmenty, gdy Marianna podkreślała swój patriotyzm i to nie tylko perorując o miłości do ojczyzny. Cóż takiego mogła robić ta oddana Matka Polka? Na przykład nie kupować w sklepach niemieckich, nie sprzedawać ziemi Niemcom, wysyłać dzieci do szkół prowadzonych przez Polaków itd.
Wielokrotnie relacje Marianny, jej poglądy tak dzisiaj "staroświeckie" i opowieści o dzieciach, pobudzały mnie do życzliwego śmiechu:
1. Relacja Marianny z uczestnictwa w spotkaniu Sienkiewicza z polskimi wielbicielami jego talentu
"Jest to mężczyzna mniej więcej w wieku Michała, niezbyt wysoki, ale prezentujący się bardzo elegancko, ciemnej cery, bardzo jeszcze przystojny i zwracający na siebie oczy i uwagę wszystkich. Róża [najstarsza córka państwa Jasińskich] twierdzi, iż zauważyła z całą pewnością, że Sienkiewicz ma krzywe nogi, ale takie uwagi o naszym największym pisarzu uważam za zupełnie niestosowne, tym bardziej jeżeli je robi młoda panna, która moim zdaniem w ogóle nie powinna zauważać nóg u mężczyzny."
2. Jak to Marianna zapobiegła narodzinom kolejnej polskiej poetki...
Stefcia [piąta z kolei córka państwa Jasińskich] i wiersze! Stefcia, przepisująca z własnej woli wiersz sobie na pamiątkę! Nie może mi się to wprost pomieścić w głowie! A może Stefcia będzie poetką? {...} Zresztą może jej to przejdzie. Na wszelki wypadek dałam jej przez ostatnie trzy dni wieczorem na przeczyszczenie. Przy wszystkich wyskokach dziewczynek od tego zaczynam. Uważam to za środek wypróbowany i prawie niezawodny. Bo jeżeli nie pomoże, w każdym razie na pewno nie zaszkodzi.
3. Pragmatyczna Marianna z wizytą we Wrocławiu a wieżowce...
Nie brak za to domów kolosów. Nawet kamienice w Rynku, złocone na frontach, z bardzo wymyślnymi zakończeniami najwyższych pięter i dachów, liczą po pięć, a nawet siedem i osiem pięter. Nie mam pojęcia, jak wyglądają mieszkania na tylu piętrach, jak się tam lokatorzy codziennie wdrapują, jak się tam robi przeprowadzki czy wynosi trumny ze zmarłymi?
Oprócz tych zabawnych scen, znajdziemy w książce całą gamę różnych emocji.
Są smutne chwile i straszne czasy, są ciężkie dni, jest w końcu świadomość, że tych, tak żywych i wręcz namacalnych we wspomnieniach pani Jasińskiej ludzi, już nie ma.
Najgorszy moment podczas lektury tej książki przeżyłam, gdy po przeczytaniu ostatniego wpisu Marianny z listopada 1926 roku, zerknęłam na kolejną stronę. Znalazłam krótkie informacje o dalszych losach członków rodziny, którą tak polubiłam. Poznałam daty ich śmierci. A przecież wciąż jeszcze żyłam tym niezwykłym klimatem, który stworzyła Marianna i miałam uczucie, że poznałam przyszłość. Paskudną i beznadziejną. Bo zabrała po kolei Mariannę, Michała, Różyczkę, Jadzię... ale to już przeszłość przecież.
Zazdroszczę Wielkopolanom tej książki. Bardzo.
"Achtung! Banditen!" to zbiór kilkudziesięciu (29 dokładnie) opowiadań, które w większości rozgrywają się w okresie drugiej wojny światowej. Głównym bohaterem i narratorem jest Wojtek: to jego spostrzeżenia, obserwacje i doświadczenia budują tę opowieść.
Jak dorasta się w czasach wojny? Czy idea "dzieciństwa" ma wówczas rację bytu czy staje się czystą abstrakcją? Czy istnieje coś, co może ocalić niewinność człowieka żyjącego w okresie "zwyczajnej apokalipsy"?
Oto mamy opis handlarki, która swój stragan ustawiła na peronie dworca. Tego samego, przy którym zatrzymywały się pociągi z jeńcami, więźniami, głodnymi i spragnionymi... na stoisku piętrzyły się dojrzałe pomidory, soczyste owoce. Handlarka na wyciągnięte ręce zareagowała najpierw tym, że usiadła zwrócona tyłem do wagonów. Po chwili jednak zrejterowała: nie była
w stanie znieść spojrzeń wwiercających się jej w plecy. Prychając, zamyka więc stragan i niepyszna wraca do domu.
Jeśli nie robi to na Was wrażenia, to wińcie mnie. Autor posługuje się językiem z precyzją godną chirurga, po mistrzowsku przybliża klimat strasznych i, jakkolwiek to zabrzmi, zabawnych chwil tamtego okresu. Styl czasami jest realistyczny, co wydaje się jak najbardziej oczywiste ale autor nie stroni też od poetyckości, która chyba decyduje o niezwykłości tego tytułu.
Pozbawiony martyrologicznego ducha, rodem ze szkolnych podręczników, utwór broni się właśnie poprzez bohatera, któremu towarzyszymy w codziennym odkrywaniu świata, w młodzieńczym dziwowaniu się. A że to czas wojny, to stajemy twarzą w twarz z nienawiścią, strachem, głodem, śmiercią ale i miłością, dobrocią, radością wreszcie.
Moim zdaniem "Achtung! Banditen!" to doskonale napisana historia, z utrwalonymi na papierze scenami z życia mieszkańców okupowanej Warszawy i okolic. Być może to opowieść, którą słyszeliście już wiele razy, ale czy już opowiadał Wam ją mały chłopiec o imieniu Wojtek?

Moja babcia miała pewne magiczne pudełko, którego pragnęłam nade wszystko. Czarne, z nadal widocznymi złotymi i czerwonymi wzorkami, pomimo że farba w wielu miejscach była już wytarta.
W zasadzie zwykła, blaszana puszka po herbacie - a dla mnie idealne miejsce na skarby.
Oczywiście przedmiot pożądania w końcu stał się moją własnością i biegałam z nim przez kilka dni, rozkoszując się dźwiękami, jakie wydawały toczące się w puszce zdobycze.
Najcenniejszy był eliksir - niewprawne oko wprawdzie mogło stwierdzić, że flakonik (pusta buteleczka po "perfumach" z ZSRR) jest pusty, ale ja wiedziałam swoje: gdy zajdzie potrzeba z buteleczki uda mi się wycisnąć ostatnią kroplę tego cennego daru. Kto wie? Może uratuję życie jakiemuś zbłąkanemu księciu? ;)
Do czarów mogło również posłużyć jojo, kupowane podczas odpustów: było kolorowe, owinięte w folię a za sznurek do pociągania służyła gumka. Fałszywe jojo, które zawsze psuło się w ten sam sposób: odrywała się gumka i zostawała mi do zabawy jedynie miękka piłeczka. Ale szeleściła i uwodziła barwami, więc była cenna.
Miałam tam jeszcze ułamany guzik z błękitnej masy perłowej, historyjki z gumy Donald (ależ one pachniały!), kredkę świecową w jedynym wówczas właściwym kolorze, czyli ... różowym:) Pewnie były i inne skarby, ale już ich nie pamiętam.
Dlaczego o tym piszę? Bo to niesamowite, jak bardzo zmienia się postrzeganie świata. Percepcja dziecka a dorosłego, to jakby dwie alternatywne rzeczywistości. I mam nieodparte wrażenie, że teraz przyszło mi żyć w znacznie uboższej wersji rzeczywistości.
A przypomniało mi się to wszystko, podczas lektury "Złej krwi"
Gortat w swojej książce narratorem uczynił małego chłopca, urodzonego w latach 50. ubiegłego wieku. Dorastał w okresie, kiedy pamięć o wojnie wciąż była żywa a socjalizm się panoszył i rozpychał. Straszne czasy, o których niby już wszystko napisano i nie można dodać nic nowego. Temat przez to pewnie i nudny, bo ileż można czytać o biedzie czy propagandzie w czasach Polski Ludowej? "Zła krew" nie jest książką przełomową, która by pokazała nieznany mi dotąd fragment tamtej rzeczywistości.
Nie, ale jest niezwykła, bo pokazała ów świat oczami małego chłopca, który codzienność PRL-u zamknął w magicznej, blaszanej puszce.
"Nadjeżdża tramwaj. Biegiem puszczamy się do przystanku. masa żelastwa, która w ciemnosci sunie ze zgrzytem prosto na nas, napawa mnie lękiem".Ten "żelazny smok" dołączył do kolekcji Michała, młodego bohatera powieści. Jego zbiory bowiem to nie tylko kolorowe szkiełka udające rubiny, wykradzione w krwawej walce z rąk groźnych piratów, to także strachy i lęki, które zazwyczaj nie mają dostępu do świata dorosłych.
To również dziwy i cuda, nad którymi młody Michał nie może przejść obojętnie, bo i jak?
Wizyta prawdziwego Francuza z Francji, walka bokserska pomiędzy Polakiem a Murzynem z Brazylii, pokaz siłacza o ogromnej mocy - wszystko to grzechotało w metalowej puszce bohatera i nadawało niezwykłego szlifu prozaicznym przecież zdarzeniom.
Tęsknię za takim postrzeganiem rzeczywistości.
Ale świat, w którym przyszło dorastać bohaterowi nie zawsze pozwalał na ubarwianie go własną wyobraźnią. Nawet z tej dziecięcej perspektywy widoczne były absurdy i nieludzkość "socjalizmu z ludzką twarzą", nie zmniejszyła się siła nienawiści, którą tak wielu żywiło do ludzi niepasujących do owych czasów, do tych, którzy nie chcieli się dostosowywać.
Podobała mi się też odwaga autora w konsekwentnej kreacji głównego bohatera. Michał jest interesującym, ciekawym świata dzieckiem, ale bywa też okrutny i tchórzliwy.
Tytułowa zła krew to fatum ciążące nad bohaterem. Wychowywany przez matkę, bo rodzice się rozwiedli z powodu pijaństwa i ogólnej mierności ojca, wciąż się zastanawiał, kiedy do głosu dojdą cechy odziedziczone po nieobecnym rodzicielu. Nawet miłość do literatury była czymś podejrzanym, bo jego własny ojciec też uwielbiał czytać... Nie znaczy to jednak, że Michał wykorzystywał swoje "przeklęte dziedzictwo" do rozgrzeszenia i przyzwolenia. Nie, każdy zły czyn, każde niewłaściwe zachowanie było gorączkowo roztrząsane i analizowane: czy właśnie ostatecznie poddał się truciźnie czy wciąż ma szansę na odcięcie się od niej?
Ten sam problem autor umieścił na znacznie szerszej płaszczyźnie. Drugim narratorem, który na kilka chwil przejmuje opowieść od Michała, jest Żyd Johann Fajner:
Złej krwi nie można mieszać z dobrą. Jak człowiek coś takiego usłyszy, to z początku gotów pomyśleć: no, to wcale nie takie głupie. Dolej kubek zepsutego wina do stągwi dobrego, a całą stągiew zakwasisz. Ale wino to nie krew. No i ile trzeba by tej złej krwi, żeby zepsuła dobrą? Czy wystarczy kropla z palca? A może kubek? Albo dwa? Tego się nie da zmierzyć. Ale jak się zrobiło jeden krok, dlaczego nie zrobić następnego? Żeby mieć pewność, stuprocentową pewność, musimy wytoczyć całą złą krew, postanowili, niech nic nie zostanie, ja takiego sposobu myślenia nie rozumiem, ja nawet nie podejmuję się go wytłumaczyć, ja ci tylko słowo w słowo powtarzam. Nie potrafię wskazać w całej tej ideologii jednego punktu, wobec którego rozum by się nie buntował. A czy w takiej sprawie, py-tam, potrzebny byłby aż wybitny rozum? Skazać syna za winy ojca, bo niby w ich żyłach płynie ta sama krew — mądrze to tak? A co dopiero odnieść ten punkt widzenia do całego narodu?
Fajner po raz pierwszy doświadczył ostracyzmu w czasach młodości, bo nie chciał podporządkować się woli ojca i tak jak on spędzić całego życia na studiowaniu świętej księgi. Wybrał inną drogę: został pisarzem. Po wojnie, po powrocie do Łodzi, po raz kolejny spotyka się z odrzuceniem. Tym razem przez sąsiadów, którzy zawsze wskazują palcem na Żyda. No i nadchodzi rok 1968...
Mieszkańcy kamienicy Michała to zbiór rozmaitych i ciekawych person. Spostrzeżenia na ich temat, którymi dzieli się bohater bywają naprawdę zabawne. Właśnie dzięki tej wspomnianej już przeze mnie dziecięcej perspektywie, ludzie ci staja się mniej straszni w swoim ograniczeniu, pysze i zawiści. Ten zabieg naprawdę udał się autorowi, bo choć groza obecna jest prawie na każdej karcie tej książki, to jednak odpowiednio łagodzi ją Michał.
Czytelnik przecież i tak wie, co się wydarzyło w marcu 1968 roku, zna hasła, które głosiła ówczesna władza, jest świadomy ówczesnej reakcji społecznej.
To dzięki głównemu bohaterowi, który przytacza dialogi, nowomowa komunistów wydaje się śmieszna:
Ludzie sieją panikę, uspokajał towarzysz Policki. Nawet w socjalistycznym kraju trafiają się degeneraci. Niech komuś się nie wydaje, że władza ludowa i z takimi nie potrafi sobie poradzić. Natomiast seryjni mordercy, zaznaczył, zdarzają się wyłącznie na Zachodzie, stanowiąc dobitną ilustrację nawarstwiania się problemów społecznych w kapitalizmie, wypaczeń w gospodarce i sferze socjalnej, za którymi stoi odhumanizowany kapitał, to nieludzkie narzędzie odpowiedzialne za nierówny podział dóbr, ciemiężenie tamtejszej klasy pracującej.
Grzegorzowi Gortatowi udało się pokazać Polskę z przełomu lat 50 i 60, jako miejsce nie do końca złe i okropne. Nie uciekł od trudnej i brzydkiej prawdy o tamtych czasach; pisał o uwikłaniu się wielu przyzwoitych ludzi w układy i zależności, ale to były też czasy, kiedy to sąsiedzi spotykali się, by razem pooglądać telewizję, by porozmawiać, pewnie też i by się pochwalić nową meblościanką, ale czy to aż taki straszny grzech?
Napiętnowane zostały wydarzenia marcowe i nieprawdopodobne konsekwencje roku 1968. Autor nie miał złudzeń, nie unika jednoznacznej oceny takich i podobnych zachowań, ale pokazuje jednocześnie, że można z owych pogardzanych czasów wyłuskać kilka skarbów, by zamknąć je w blaszanej puszce.
To nie jest cukierkowy obraz świata, z krawędziami wygładzonymi przez idylliczne dzieciństwo, bo nawet owo magiczne pudełko w końcu okazuje się tylko starą, porysowaną i powgniataną puszką po herbacie...
Biblioteka miała tylko jeden egzemplarz tej książki a internetowy katalog uprzejmie pokazywał, że w kolejce zamawiających ustawiło się... 7 osób. Może to nie dziki tłum, ale pierwszy raz dane mi było zobaczyć na własne oczy taką cyfrę przy zamówieniach. Wcześniejszy rekord też należał do Meyer i jej "Zaćmienia" (5 osób).
Potem długo, długo nic i... na trzecim miejscu książka Pollacka "Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach" ale tutaj tłum ograniczył się do 3 osób ;)
I choć nie przebrnęłam przez I tom sławnego cyklu wampirzego, uznając, że Meyer kiepsko pisze i jeszcze bardziej kiepsko konstruuje bohaterów, niespodziewanie dla siebie poczułam się zaintrygowana "Intruzem".
Czy to ta lista oczekujących? Nie wiem. A może pogoda? Spadające ciśnienie? ;)))
(jakoś w Polsce wiele rzeczy zrzuca się na ciśnienie, zauważyliście? ;)
Gdy więc nadarzyła się okazja, by przeczytać tę powieść nie dałam się długo prosić. I wbrew obawom i z dużym zaskoczeniem powiem, że podobało mi się :) Nadal mam duże zastrzeżenia co do umiejętności Meyer, wciąż nie ciągnie mnie do poznawania historii Belli i Edwarda, ale "Intruz" okazał się przyjemnym wypełniaczem czasu.
To opowieść sf: nie ma tutaj jednak ani statków kosmicznych ani opisów nowych technologii. Jeśli musiałabym jakoś określić gatunek, do którego należy "Intruz" byłaby to fantastyka humanistyczna. Meyer zdecydowanie interesuje kondycja moralna współczesnego człowieka; to, jak bardzo jesteśmy winni zła wyrządzanego innym ludziom, sobie samym, planecie. Jej ocena jest miażdżąca, choć tli się też płomyczek nadziei, że Człowiek może nie jest całkowicie spisany na straty...
Pamiętacie "Piąty element" Bessona gdy bohaterka grana przez Millę Jovovich ogląda telewizję? I widzi wojny, głód, choroby, nienawiść? Była przerażona, zszokowana, przejęta. Podobnie reagują Obcy, którzy w powieści Meyer dokonali bezkrwawej inwazji na Ziemię, niejako "za karę".
Intruzi potrzebują do egzystowania ciała, potrzebują żywiciela, w którego się wcielają: dosłownie i w przenośni. Opanowując człowieka, poznają jego przeszłość, emocje, pragnienia i pomimo oburzenia przemocą, która wg obcych dominowała czy wręcz rządziła życiem na Ziemi, są zachwyceni doznaniami, które wiążą się z byciem człowiekiem.
Jednak nie każdy nosiciel pokornie się poddaje: i właśnie o takiej niesfornej nosicielce imieniem Melanie oraz zamieszkującej jej ciało i umysł obcej o imieniu Wagabunda jest to historia. Historia bardzo ciekawa i pomysłowa (choć z pewnością nie oryginalna, ale mi to nie przeszkadzało), jednak z powodzeniem mogłaby autorka ją skrócić o jakieś 200-300 stron. W pewnym momencie okazuje się bowiem, że nasza bohaterka po prostu przemieszcza się z jednego pomieszczenia do drugiego, po drodze natykając się na różnych ludzi, z czego niewiele wynika. I robi tak przez dłuuuugi czas, zbyt długi.
Poza tym argumentacja autorki nie bardzo trzyma się, za przeproszeniem, kupy. Wg niej Obcy to dobre, pozytywnie myślące istoty, w których nie ma za grosz złości i agresji - na tym buduje owe postaci i tak uzasadnia ich zachowania. Najmniejszy objaw przemocy wywołuje u nich ogromny wstrząs - no więc skoro tak, to jakim cudem "likwidują" rozumną rasę? Wiedząc, że ludzie oprócz nienawiści znają też inne silne uczucia: miłość, oddanie, wierność, zaufanie. Jednym słowem poznają możliwości człowieka i... nic. Nie ma wyrzutów sumienia, próby wycofania się z inwazji. Hmmm.
A co mi się podobało? Pomysł koegzystencji: Melanie i Wagabudny - ich wzajemne relacje, odkrywanie siebie nawzajem, uczenie się. Zwyczajnie byłam też ciekawa, jak to się wszystko zakończy? Czy miłość i dobro zatriumfuje*? Machałam ręką na nielogiczności w zachowaniu wspólnoty, która stworzyła coś na kształt pierwotnego plemienia i pomysłowo radziła sobie z przetrwaniem a do której dociera Wanda (czyli 2 w 1= Melanie + Wagabunda).
Strasznie chciałam wiedzieć, co się dalej wydarzy i to największa zaleta tej powieści.
Ma ciekawą fabułę, ale poza truizmami niewiele w niej znalazłam. Jednak jako wciągająca opowieść się broni i ja nie żałuję wcale ale to wcale, że ją przeczytałam :) (ale to pewnie wina spadającego ciśnienia;)))
Na jesienny ponury wieczór sprawdza się niczym pachnące wanilią krówki:)
* Czy forma zatryumfuje jest jeszcze stosowana? Czy to już przesadny archaizm? Ciekawe.
Przed chwilą przeczytałam recenzję tej książki u Padmy. I zgadzam się z Nią w 100 %.
Rzeczywiście, okładka jest koszmarna. Gdyby jeszcze miała nawiązywać do filmu, to zrozumiałabym taki chwyt marketingowy, bo wzrokowcy i wielbiciele kina, omijający zazwyczaj księgarnie, mogliby się na to złapać. Ale tak ?
Język również pozostawia wiele do życzenia. Jak dla mnie mocno zubożały, chociaż pojawiają się "trudne" słowa, które na bieżąco tłumaczy jedna z głównych bohaterek. Za Alice zresztą ciągnie się pewien smrodek dydaktyczny, bo często jest ona tą, która objaśnia zagadnienia z różnych dziedzin (np. fizyki, biologii). Te edukacyjne wstawki mnie irytowały, ale jeśli nastolatkom do których książka jest skierowana, to nie będzie przeszkadzać, to już się nie czepiam. I od razu powiem, że nie jest tego dużo - łatwo w spiętrzeniu wydarzeń, które funduje czytelnikom autor, to zwyczajnie przeoczyć.
Gdy zaczęłam czytać, od razu pomyślałam: Świetnie! Dam książkę do przeczytania 12, 13-latkom. W trakcie lektury zaczęłam przesuwać granicę wieku: najpierw do gimnazjum, potem liceum, wreszcie czas studiów... ;))) Bowiem powieść z sf przemienia się w mrożący krew w żyłach horror. Jest strasznie i krwawo ale ciężko się oderwać.
O czym jest książka? Oto pewnego dnia, nagle, znikają wszyscy dorośli oraz osoby powyżej 15 roku życia. Ci, którzy zostają są zdani tylko na siebie i wbrew pozorom nie mogą przestawić się na jakże początkowo oczywistą wersję życia pt. "wieczne wakacje" czy "słodkie leniuchowanie" - muszą zająć się choćby niemowlakami i małymi dziećmi. Trzeba stworzyć podwaliny nowego społeczeństwa: służbę zdrowia, straż pożarną, policję. A po władzę zazwyczaj sięgają niewłaściwi ludzie... I tak się również dzieje w Perdido Beach.
Zniknięcie dorosłych to jednak nie koniec niespodzianek. Zmianie ulega również przyroda, niegdyś przyjazna, a przynajmniej niegroźna, staje się teraz jednym z głównych zagrożeń dla człowieka. Taki kot w bibliotece... niby chodzące uosobienie łagodności, powolności i melancholizmu - błąd! Słodki mruczuś zdecydowanie się zmienił. W co? He, he, he!
Autor stworzył coś na kształt współczesnego westernu, gdzie dzielny szeryf z grupką przyjaciół musi walczyć z bandą złych i lubujących się w zadawaniu bólu potworów, którzy przejęli władzę w miasteczku.
Czy młodzi ludzie ulegli demoralizacji dopiero po zniknięciu dorosłych? Nie, ale wtedy puściły wszelkie bariery. Ci, którzy teraz oceniają zachowanie Caine'a i jego świty, nie maja siły przebicia, bo są tylko dziećmi, najczęściej wystraszonymi i obawiającymi się o własne życie. Na strachu właśnie Caine buduje swoje imperium. Na szczęście pojawia się garstka odważnych.
Ekipa Sama składa się z kilku osób, którym autor przypisał charakterystyczne cechy: geniuszka, złota rączka, tchórz, uzdrawiaczka. Takie szufladkowanie postaci znacznie ułatwiło pracę pisarzowi, ale pozostawia duży niedosyt.
Dużo się w tej książce dzieje, jedno wydarzenie goni następne. Znikają dorośli, pojawiają się dziwne moce, zwierzęta ulegają całkowitej przemianie, żywność powoli się kończy, źli staja się jeszcze bardziej źli, ci, którzy zbłądzili otrzymują drugą szansę, do głosu dochodzą tajemnice z przeszłości, itd. Przypomina mi to teledysk, w którym kolejne obrazki pojawiają się i znikają z prędkością światła. Tzw. target powinien być zachwycony!
Mimo kilku wad, książkę czytało mi się znakomicie: podziębiona siedziałam wczoraj do 1 w nocy, by móc się dowiedzieć, jak to się skończyło. I już nie mogę się doczekać kolejnej części, która będzie nosiła przyprawiający o dreszcze tytuł: Głód.
Lektura powieści trochę przypomina mi te emocje, które wyzwalają się podczas obozowiska w lesie: wieczorem, przy ognisku, ktoś zaczyna snuć opowieść... straszna opowieść...
Dlaczego tak bardzo lubimy się bać?
:)

Ta historia nie mogłaby się toczyć w innym mieście. Wenecja jest tutaj nie tylko tłem dramatycznych wydarzeń; to miasto, które oddycha, sapie i spływa potem, wypluwając z siebie niezliczone tłumy turystów.
Owa personifikacja udała się autorowi nad wyraz. Gdy bohaterowie poruszali się w gąszczu podobnych do siebie uliczek, gdy wybrana przez nich droga nagle niepokojąco się zwężała, miałam wrażenie, że miasto okrutnie igra sobie z ludźmi, że chce ukarać intruzów, którzy jakby zupełnie byli nieświadomi, że poruszają się po żywym organizmie.
McEwan w "Ukojeniu" uczynił bohaterami dwoje młodych ludzi: Mary i Colina, którzy są razem od kilku lat. W ich związku okres żarliwej namiętności ustąpił stagnacji, rutynie i przyzwyczajeniu do jakże oczywistej obecności tej drugiej osoby. Spędzają razem wakacje w upalnej Wenecji, która jawi się jako największy koszmar każdego turysty. Ich potworne znudzenie zostaje przerwane pojawieniem się na scenie ekscentrycznej pary: Roberta i Caroline, którzy mieszkają w pięknym pałacu na wodzie.
I zaczyna się prawdziwy taniec modliszki. Kto kogo? Hm. Trzeba przeczytać:)
Największe wrażenie wywarła na mnie niesamowita atmosfera tego opowiadania. Autor doskonale cieniuje grozę: od lekkiego zdumienia i niepokoju po najprawdziwsze ciarki przerażenia. Na dodatek bohaterowie są tak niesamowicie bezwolni, pozbawieni werwy, podatni na wpływy, że o irytację nie trudno, ale nie dlatego, że są niewiarygodni w swych zachowaniach. Wręcz przeciwnie: McEwan po raz kolejny udowodnił, że kilkoma zdaniami potrafi stworzyć bogaty portret psychologiczny.
Teraz tęskniła za takim ukojeniem, pragnęła choćby częściowo kontrolować czas i wydarzenia. Niekiedy czuła się jak lunatyczka; całe miesiące uciekały, nie zostawiając w jej pamięci żadnego śladu, ani trochę nienaznaczone jej świadomym działaniem.
Colin i Mary przeszli na drugą stronę i pod wpływem impulsu zapuścili się w węższe uliczki - może dlatego, że zwodniczo wiodły w ciemność, a może przyciągnął ich zapach smażonych ryb. Ulice nie były niczym oznakowane. Turyści, spacerując bez celu, wybierali trasę tak, jak wybiera się kolory, nawet sposób, w jaki się gubili, był ich świadomym wyborem, aktem woli. A kiedyż to ostatnio Colin i Mary dokonali razem jakiegoś wyboru?
Aż się chciało nią przejść, lecz w samotności, bez żadnych wskazówek czy zobowiązań wobec osoby towarzyszącej. Spacerować nią jak człowiek całkowicie niezależny; uwolnić się od męczącej gry w psychologiczne uwarunkowania, być radośnie otwartym i uważnym na percepcję, na świat, który zapiera dech w piersiach, bezustannie atakując zmysły, a który tak łatwo i często się ignoruje, wypiera w imię niezbadanych ideałów osobistej odpowiedzialności, obywatelstwa; wejść w tę uliczkę teraz i po prostu pójść przed siebie byłoby rzeczą tak prostą.
Rozmawiali o poglądach na temat seksu, nie wspominając jednak o własnych - niewątpliwie to właśnie owo ciche porozumienie sprawiało, że byli tak przewrażliwieni na swoim punkcie i że tak łatwo raniło ich odkrywanie odmienności własnych potrzeb i pragnień.
Dlaczego ta opowieść kończy się tragicznie? Może dlatego, że ani Mary ani Colin nie potrafili pozbyć się maski? Grali przed sobą tak długo, że już sami nie wiedzieli, czego tak naprawdę pragną, nie potrafili się porozumieć. Doskonałe są fragmenty, gdy McEwan każe swoim bohaterom po raz pierwszy od dłuższego czasu "porozmawiać". To było prawie tak, jakby uczyli się na nowo chodzić...
Słyszałam, że film "The Comfort of Strangers" z Rupertem Everettem i Natashą Richardson umiejętnie oddaje nastrój panujący w książce. Z chęcią się o tym przekonam.
Polecam "Ukojenie" choć zdecydowanie ukojenia ta powieść nie przyniesie. Ale jest świetnym materiałem do analizy i zgłębiania ludzkich charakterów: jakże czasem pokrętnych i mrocznych...
Przypadkowo wybrana książka. Przyjemne zaskoczenie. Łagodne, poetyckie preludium do zbliżającej się nieuchronnie jesieni. Idealne pożegnanie lata.
Nie znam twórczości Orłosia, w zasadzie nawet nie potrafiłam go do tej pory umiejscowić w polskiej prozie, czym oczywiście nie ma się co chwalić. Poczytałam jednak trochę o tym prozaiku i już wiem coś więcej, poza tym, że to literat i ma sławnego syna, co było moją wiedzą (nadużycie!) wyjściową.
Powieść jest krótka, bo liczy sobie niespełna 150 stron. Głównym bohaterem jest 69-letni Józef, który niespodziewanie odbywa podróż w przeszłość. Wszystko za sprawą zapomnianych już dwóch listów od pewnej dziewczyny, z którą spotykał się podczas wakacji, spędzanych corocznie nad morzem. Były lata 50. Oni mieli po 17 lat, ona zaszła w ciążę, on o niej zapomniał...
Nie obawiajcie się, nie zdradziłam Wam tajemnic fabuły, bo o tym związku można przeczytać już na drugiej stronie książki.
Józef postanawia pojechać nad Mierzeję Wiślaną, by ... no właśnie? Po co? Nie wie tego do końca bohater, nie wie i czytelnik. I to jest właśnie cecha charakterystyczna powieści: pełno w niej niedopowiedzeń, które w naturalny sposób łączą się z nostalgiczną atmosferą panującą w "Letniku z Mierzei".
Tutaj niewiele się dzieje, nie ma nagłych zwrotów akcji, nie ma spektakularnych wydarzeń. Jest za to wyznanie starego człowieka, który stara się sam przed sobą znaleźć usprawiedliwienie tego co zrobił, czego zaniechał. Wyjazd okazuje się być impulsem do spowiedzi, do podsumowania całego dotychczasowego życia. Melancholijnego podsumowania.
Powieść pozbawiona wabików w postaci dynamicznych wątków, jest mimo wszystko niezmiernie wciągająca. Trudno było mi się oderwać. Może to ta, tak sugestywnie oddana, atmosfera wczesnej jesieni w sennym, polskim miasteczku? A może to kwestia empatii, którą odczuwałam w stosunku do głównego bohatera? Józef jest przeraźliwie samotny, towarzyszy mu niczym nieodłączny cień, przygnębiająca pustka. I od któregoś momentu - ja.
"Letnik z Mierzei" zaskoczył mnie i tym, że ta bolesna konfrontacja przeszłości z teraźniejszością, wywołała tyla refleksji, o które się raczej nie podejrzewałam, sądząc, że "mam jeszcze czas, jeszcze jestem młoda". To może być groźna iluzja, nie sądzicie?
Ta historia to dla mnie opowieść o nieuchronności przemijania, o niemożności dokonywania zmian w zastygłym i uformowanym już czasie przeszłym. Ale paradoksalnie, ta sama niedostępna, jak by się mogło zdawać przeszłość, nagle staje się płynna, delikatnie falująca pod wpływem wspomnień. Pozwala bohaterowi w pewien sposób na powrót. Czy to przyniesie mu ukojenie? Da rozgrzeszenie?
Styl jest zadziwiająco oszczędny. Krótkie, proste zdania, częste powtórzenia, nadają właściwy ton tej historii. Treść jest, moim zdaniem niezwykle bogata,poetycka, więc jak sądzę owa forma wypowiedzi została wybrana w ramach przeciwwagi. Chyba trudno wyobrazić sobie lepsze rozwiązanie.
"Letnik z Mierzei" kojarzy mi się z unoszącymi się w powietrzu nitkami babiego lata. Przygnębiający to widok, bo niesie w sobie zapowiedz końca, ale przy tym niezwykle piękny.
Gorąco polecam.
"Co przeciętny warszawiak wie o Opolu?", czyli przegląd opolskich czasopism literackich
Posted by Inblanco in przeczytane
"Przeciętny warszawiak wie o Opolu tyle, co przeciętny Polak. Ile mu doniosą na pierwszych stronach ogólnopolskie media i Internet. Że bestia, że Niemców jak mrówek, że afery w ratuszu i że proces Jakubowskiej. Że stolica polskiej piosenki przygotowuje się do festiwalu, a gwiazdy lubią amfiteatr, bo to przecież taki amfiteatr, że nie sposób go nie lubić. Festiwal, jaki jest, każdy widzi. Jak polska piosenka, czasem fajny, częściej nudny."*
Ten fragment pochodzi z reaktywowanego po siedmiu latach periodyku społeczno-kulturalnego "Strony". Czasopismo rodem z Opola, duchem jak sądzę, również.
Wrocław ma "Odrę", Poznań "Czas Kultury" a Opole "Strony".
Drugim, pochodzącym z Opolszczyzny tworem, jest "Red". Nie wiem, jak wiedzie mu się teraz, bo numer, który mam przed sobą, pochodzi z grudnia 2007 roku, aczkolwiek kupiony w bieżącym, co niestety chyba źle wróży...(edit: sprawdziłam w necie: ostatni numer pochodzi z 2008 roku)
Czytujecie czasopisma literackie? Czy znaleźliście takie, które w pełni odpowiadają Waszym potrzebom?
Ja na pierwsze pytanie odpowiem: tak, na drugie: nie.
Okazjonalnie sięgam po "Nowe Książki", "Dialog", "Lampę". Kiedyś kupowałam NK regularnie, miałam skompletowane dwa lub trzy roczniki, ale teraz szkoda mi miejsca na kolejne numery. Przeglądam je w czytelni i to mi wystarcza.
Prawda jest taka, że nie ma czasopisma skierowanego do przeciętnego czytelnika, a za takiego się uważam, któremu nie jest potrzebna lektura eseju o wpływie XII-wiecznej poezji serbskiej na rozmnażanie się pingwinów. Ja chcę dostać do ręki pozycję, w której szeroko opisywane będą zjawiska pojawiające się we współczesnej prozie, portrety twórców, analizy ich utworów itd. Czy stworzenie takiego pisma, bez języka, który bardziej pasuje do dysertacji doktorskiej, to zbyt wiele? A może właśnie zbyt mało? Za mało ambitnie? Że albo "Tina" albo "Zeszyty literackie"? Nic po środku? Nie wiem, ale czarno to widzę.
Są jednak pewne namiastki:
Z przyjemnością czytuję czwartkowy dodatek do GW "Duży format", w którym drukowane są świetne reportaże i często bardzo dobre teksty o literaturze, teatrze, filmie. Ale z bólem serca zauważam, że literaturze, z numeru na numer, poświęca się coraz mniej miejsca. W aktualnym wydaniu, w dziale "Książki" pojawia się... jedna recenzja! Jedna!!!
Podobnie rzecz się miała z dziennikową "Kulturą" - gdy zaczynali, dział literacki nie był bynajmniej traktowany po macoszemu. A teraz? Dzisiejszy numer to niestety wyjątek, gdyż dostajemy cztery stronice o Mrożku. Pewnie Mrożek nadal dobrze się sprzedaje. Poza tym ewenementem, miejsca dla książek mają coraz mniej.
"Dodatek o książkach" w Rzeczpospolitej bardzo lubię i tutaj nie zauważyłam jakoś zmian na gorsze (choć przyznaję, że nie udało mi się kupić dwóch ostatnich numerów, a że wydawane raz w miesiącu, to trochę czasu już minęło...). Bardzo sobie cenię ten dodatek, ale mógłby być obszerniejszy. Zdecydowanie obszerniejszy.
Sporadycznie podczytuję dział poświęcony literaturze w Tygodniku Powszechnym. Lekturę "Przekroju" zaczynałam od zerknięcia na recenzje książkowe, dopiero potem przechodziłam do rysunków Raczkowskiego :)
Łaknę tekstów o kulturze, a nawet, niektórych może zaboleć to słowo, o pop-kulturze. Marzę o piśmie, w którym obok recenzji najnowszej powieści Rankina czy Bernharda, pojawi się np. napisana przyjaznym dla odbiorcy językiem analiza "Zbrodni i kary" czy np. próba wyjaśnienia fenomenu popularności Jane Austen, która mimo XXI wciąż ma się świetnie i nie straszne są jej nawet przekłady własnej twórczości na język filmowy.
"Strony" i "Red" nie spełniają tych wymagań, ale oczywiście od razu byłam tego świadoma. Znalazłam jednak kilka artykułów, które mnie żywo zainteresowały.
"Strony" za główny temat tego numeru obrały sobie twórczość Tymoteusza Karpowicza. Możemy więc zaczytać się w interpretacjach jego utworów, w artykułach udowadniających jak wielki wpływ na poezję tergo pana miała muzyka symfoniczna i oratoryjna, podsłuchać rozmowy tzw. ludzi kultury, gdy wymieniają się błyskotliwymi uwagami o recepcji dzieł Karpowicza, itd. Przyznaję, nie to nie moja działka.
Za to bardzo podobał mi się esej Mieczysława Orskiego pt. "Proza post-naturalistycznej maniery", biorący na tapetę polską prozę współczesną, w której panuje umiłowanie do fatalizmu, pesymizmu, stylistyki naturalistycznej przy zupełnym ignorowaniu choćby najmniejszych przejawów istnienia tej drugiej strony: światła, radości lub, o zgrozo, dobra. Dociekliwy autor zauważa również jak ważną rolę odgrywa w większości tych utworów postać ojca: zazwyczaj tyrana, pijaka, despoty lub Wielkiego Nieobecnego. Świetnie się to czytało. Oberwało się przy tym ulubieńcom "krytyki czasopiśmienniczo-żurnalistycznej", do których autor zalicza Ignacego Karpowicza, Krzysztofa Vargę, Sławomira Shutego, Dawida Bieńkowskiego, Mariusza Maślankę, itd. I to, jak ich skwitował!
Przeczytajcie sami:
"(...) autorzy efektownie i efektywnie (por. szeroki asortyment nagród pieniężnych, honorowych, "paszportów kulturalnych", nagród samorządów przydzielanych często książkom o których po roku-dwóch się zapomina) promowani w popularnych gazetach (...)."
Z jednej strony owe nazwiska, kojarzące się jednak z twórczością cokolwiek niszową, okazują się być "popularne"i to w tym brzydkim rozumieniu tego słowa, a do tego promowane! Podwójne zaskoczenie:)
Podobał mi się również "kącik" Olgi Tokarczuk, w którym zebrane zostały refleksje pisarki na różne tematy. A zaczyna się to tak: "Jestem starą feministką i..."
Jakiż potencjał ma ten początek zdania! Cóż za figlarna ironia :) Gdybym kiedyś miała napisać książkę, to to zdanie uważałabym za świetne otwarcie.
Są również wiersze opolskiej poetki, Ireny Wyczółkowskiej, o dziwo, naprawdę dobre. Nie znałam wcześniej jej twórczości. Błąd. Teraz postaram się to naprawić.
Zaciekawiły mnie także artykuły o przeszłości Drohobycza czy przybliżające życie codzienne w Opolu ad. 1914.
Czasopismo liczy 346 stron, ma interesującą szatę graficzną, działy poświęcone literaturze, teatrowi, muzyce (Aleksander Kościów!), historii, wydarzeniom lokalnym.
Jest kilka rzeczy, które mi się bardzo nie podobały. Cudowny wiersz jeszcze cudowniejszego Juliana Kornhausera pt. "Dziecko patrzy jak piszę" został okrutnie potraktowany przez suchą, akademicką rozprawkę, której za oręż posłużyła teoria literatury.
Grafiki Jana Berdaka, które mają wzbogacić wydanie, mnie niepomiernie irytowały. Mają w sobie ducha siermiężnych lat 70., odrzucają mnie jak kawiarnie czerpiące wzornictwo z okresu "małej stabilizacji", z obowiązkową szklaną popielniczką i bukiecikiem sztucznych kwiatów na stoliku.
Jestem ciekawa, jak będzie ewoluował ten tytuł. Następny numer też kupię i trzymam kciuki za powodzenie:)
A że wyszło mi tak dłuuugo, to o "Red" przy następnej okazji.
Jeśli dotarliście ze mną aż tutaj, to mam nadzieję, że teraz na pytanie postawione w tytule notki, warszawiak, poznaniak, łodzianin, do wyliczanki, w której znajduje się obowiązkowo festiwal doda też... "Strony". Opolskie "Strony" :)
Dziękuję za uwagę.
*Krzysztof Feusette, "Ale czy kura wie?", Strony 1-2/2009, str. 341
Jest kilka książek, które przeczytałam, ale to było tak dawno i nieprawda, że nie stworzę osobnej notki o każdej z nich. Zresztą, niekoniecznie wszystkie na takową zasługują. Ale zmotywowana prośbą Nenneke, wyciągnę z zakamarków niepamięci, co się da:)))
"Zdążyć przed zmrokiem" Tana French
No i cóż ja mogę napisać? Na moim ulubionym forum książka w zasadzie święciła triumfy, więc szykowałam się na ucztę, a dostały mi się raczej ochłapy z być może i suto zastawionego stołu, ale cóż z tego? Ochłapy to ochłapy, ukryć się nie da.
No dobrze, porzucając tę kuchenną metaforykę, postaram się wyjaśnić o co mi w ogóle chodzi.
Jak dla mnie ta powieść to przykład kryminału z pretensjami do bycia czymś więcej. Mamy bohatera z przeszłością, który w dzieciństwie przeżył prawdziwą traumę. Ryan jest teraz policjantem, któremu dostaje się sprawa powiązana zarówno miejscem jak i pewnymi okolicznościami z wydarzeniami, o których nasz stróż prawa wolałby nie pamiętać.
O tym, że śledztwo w zasadzie dotyka go osobiście wie jedynie partnerka z pracy Ryana, Cassie.
Obserwujemy zmagania bohatera z jego przeszłością, poczuciem winy, próbami wyjaśnienia dwóch tragedii: zniknięcia jego przyjaciół oraz morderstwa dziewczynki.
Tutaj zdecydowanie widać chęć autorki, by niepostrzeżenie zamienić gatunki: z powieści kryminalnej zrobić powieść psychologiczną. Tylko, że właśnie owo niezdecydowanie wyszło na złe Tanie French. Jako powieść kryminalna, dla mnie była, trochę zbyt męcząca w czytaniu. Jęczący Ryan nie pchał akcji na przód i szczerze mówiąc coś się tam zaczyna dziać dopiero w połowie książki. Do tego czasu wolno przedzierałam się przez stronice. Potem, gdy akcja ruszyła, było naprawdę nieźle.
No więc powieść psychologiczna? Tutaj z kolei reakcje bohaterów były zbyt... stereotypowe? Ich rozterki emocjonalne były najczęściej zwyczajnie oczywiste, chociaż kilka razy mnie pozytywnie zaskoczyła.
Jednakowoż... nie uważam tej książki za zupełną pomyłkę. Podobało mi się i to bardzo, że autorka zachowała zimną krew i nie zakończyła sentencją : i żyli długo i szczęśliwie. Bohaterowie ponoszą konsekwencje swoich głupich decyzji, tchórzostwa, chwili zapomnienia. I choć było mi ich żal, to uważam, że nie mogło się to inaczej skończyć.
Podsumowując: jak dla mnie za mało kryminału, za dużo szkolnej psychologii. Z pewnością nie jest to zła powieść, ale bardzo nierówna. Są świetne fragmenty, a są i takie, że ziewając zmuszałam się do towarzyszenia bohaterowi na kolejnej stronie.
Ale z chęcią przeczytam kolejną powieść pani French, mimo wszystko :)
"Czerń kruka" Ann Cleeves
Dobry kryminał. Sprawnie napisany, z budzącym grozę miejscem wydarzeń (oczywiście zasypanym śniegiem), gdzie przejmujące zimno ma wpływ i na przyrodę i na ludzi.
Sama fabuła, sposób jej prowadzenia, nie jest niczym nowym. Można nawet stwierdzić, że autorka także lubi skandynawską odmianę gatunku, chociaż Skandynawowie mają już tylu naśladowców, że w zasadzie trudno tu jednoznacznie wskazać źródło natchnienia... Mógłby to być i Simon Beckett, mogłaby i Anne Holt. To w zasadzie nieistotne, istotne natomiast jest to, że pisarka nie próbuje wykreować czegoś więcej ponad to, co obiecuje blurb na okładce:
Zimny noworoczny ranek. Na zasypanych śniegiem Szetlandach kruki krążą nad ciałem zamordowanej nastolatki. Strach paraliżuje spokojną osadę. Ludzie zamykają się w domach. Atmosfera podejrzliwości narasta. Wszyscy zgodnie osądzają winnym zbrodni upośledzonego umysłowo samotnika.Otrzymałam więc dokładnie to, czego się spodziewałam. Przyzwoite kryminalne czytadło, ze szczyptą dreszczyku, ciekawie poprowadzonymi postaciami i zaskakującym finałem. Nic wyjątkowego, ale i na kawior się nie nastawiałam, że powrócę do porównań kulinarnych.
Śledztwo ma prowadzić inspektor Jimmy Perez. Po latach pracy w Szkocji wrócił na wyspy szukać zapomnienia. Wielkie dochodzenia już go nie ekscytują. Przestał zabiegać o sukcesy. Ale ta sprawa wywołuje w nim dawny dreszcz...
Hmm... Coś mi się zdaje, że czas na obiad?
:)
"Połówka żółtego słońca" Chimamanda Ngozi Adichie
Posted by Inblanco in przeczytane, Reading challenge

"Połówka żółtego słońca" to powieść, nie boję się użyć tego słowa, ważna - przynajmniej dla mnie. Tekst prezentujący dramatyczne losy nigeryjskich bliźniaczek i związanych z nimi ludźmi, intryguje zarówno wciągającą fabułą jak i przemyśleniami polityczno-historycznymi czy społeczno-obyczajowymi. Jeśli do tego dodam, że autorce doskonale udało się uciec przed hermetycznym zamknięciem tekstu w lokalnym mikrokosmosie, co moim zdaniem jest główną wadą polskich twórców, to jak sądzę, mam pełne prawo by zawołać: Adichie rulez!
Co ja wiem o Nigerii? Ba, co ja wiem o Afryce? Poza ogólnikowymi stwierdzeniami, wśród których niestety znajdą się określenia w zasadzie pejoratywne, typu masakra, skrajna bieda, analfabetyzm, ludobójstwo, walki plemienne, niewiele jest takich, które nastrajają optymistycznie. Tak jakoś się złożyło, że postrzegam ten kontynent przez pryzmat nieustannie toczonych walk, a nie poprzez piękno przyrody, bogactwo kulturowe czy choćby pociągającą egzotykę przejawiającą się dla mnie w każdym prawie aspekcie życia mieszkańców Nigerii.
I tak, moim głównym grzechem było, pewnie podświadome, ale jednak, postrzeganie Afryki jako pewnej całości, którą przecież nigdy nie była i raczej nie będzie:
Może i panafrykanizm jest pojęciem europejskim - odezwała się panna Adebayo - ale w szerszym kontekście my wszyscy stanowimy jedną rasę. - W jakim szerszym kontekście? - zapytał pan. - W szerszym kontekście białych ludzi! Czy ty nie dostrzegasz tego, że my nie jesteśmy tacy sami? Że tylko biali nas takimi widzą.Ten grzech białego człowieka jest brzemienny w skutki, ale Adichie nie obarcza odpowiedzialnością za los Nigeryjczyków jedynie Europejczyków, choć kto wie, kto pierwszy rzucił kamyczkiem zapowiadającym lawinę?
Oczywiście, oczywiście, ale chodzi mi o to, że dla Afrykanów jedyną autentyczną formą tożsamości jest tożsamość plemienna - odrzekł pan. - Jestem Nigeryjczykiem, ponieważ biali stworzyli Nigerię i narzucili mi tę tożsamość. Jestem czarny, bo biali stworzyli czarnego, który ma jak najbardziej różnić się od ich białego. Ale byłem łbem, zanim jeszcze biali się tu pojawili.To pytanie o tożsamość, o podwaliny ludzkiej egzystencji mocno mną wstrząsnęły. Jeśli bohater ma rację, to o jego duchowym spadku, o korzeniach kulturowych (acz nie tylko) zadecydowało ograniczone i rasistowskie spojrzenie białych. A to już jedna z najbardziej barbarzyńskich ingerencji w życie człowieka i przy tym niewyobrażalnie intymna, o jakiej przyszło mi przeczytać.
Bardzo podobała mi się konstrukcja tekstu. Opowieść o Olannie i Kainene toczy się w latach 60. ubiegłego wieku. Poznajemy dzieje miłości młodego naukowca, Odenigba i Olanny, Brytyjczyka Richarda i silnej, pozbawionej wszelkich sentymentów Kainene. Każda z tych postaci jest inna, każda została doskonale sportretowana, nasycona indywidualizmem. Siostry, mimo, że są bliźniaczkami różnią się od siebie zarówno mentalnie jak i fizycznie. Ich relacje są raczej pełne dystansu, czasami wrogości a czasami, choć najrzadziej, miłości. Losy tych czterech osób będą się wzajemnie przenikać i na siebie oddziaływać.
Adichie uporządkowała tę opowieść w czterech rozdziałach, ale wydarzenia w nich opisane nie zostały opowiedziane chronologicznie. Pierwszy rozdział toczy się na początku lat 60, kiedy bohaterowie się poznają, zakochują w sobie; kiedy Nigeria to nadal państwo jednoczące wiele grup etnicznych; kiedy na horyzoncie nie widać zapowiedzi chaosu i rzezi.
Gdy rozpoczyna się drugi rozdział autorka wprowadza czytelnika od razu w sam środek koszmaru wojny domowej: tej toczonej w Nigerii/Biafrze oraz tej pomiędzy Olanną i Odenigbą, Olanną a Kainene, itd. Nie mamy pojęcia, jakie wydarzenia zapoczątkowały ten dramat. Co się stało? Dlaczego?
Rozdział trzeci daje na to odpowiedź, ale wydarzenia, które rekonstruuje dla nas autorka postrzegamy już z zupełnie innej perspektywy. Wiemy, co czeka bohaterów, co się zaraz stanie, co spowoduje ta czy inna decyzja... I nagle środek ciężkości się przesunął. Z tym, że jedynie dla czytelnika, który już jest w pewnym sensie wszechwiedzący, podczas gdy bohaterowie wciąż skupiają swe siły na sprawach nieistotnych i błahych. Ale tylko my o tym wiemy...
Świetnie rozegrane.
Bardzo polubiłam Richarda, zakompleksionego Brytyjczyka, zakochanego bez pamięci w Kainene. Jest w zasadzie postacią, której najmocniej dostało się od autorki. Ciapowaty, mało męski, niezdecydowany, ale przy tym wzbudzający sympatię. Owszem, sympatię pomieszaną z irytacją ale wydaje mi się, że Richard koniec końców został zrehabilitowany.
Adichie wyposażyła tego bohatera w rozterki, które są i mi bardzo bliskie. Gdy wybucha wojna, która odcisnęła tragiczne piętno na życiu wszystkich Nigeryjczyków, Richard mówi:
Żyję, jak żyłem. Moje życie nie zmieniło się - powiedział do Kainene. - Powinienem jakoś zareagować, coś powinno się zmienić.Jak można żyć dalej, jak gdyby nigdy nic, po obejrzeniu w telewizji kolejnej relacji np. z Iraku, z Afganistanu? Przecież COŚ się powinno zmienić...
- Nie możesz stworzyć sobie w głowie scenariusza i zmusić się do tego, żeby zgodnie z nim postępować. Richardzie, musisz pogodzić się z życiem - odparła cicho.
Ale on nie potrafił pogodzić się z życiem. Nie wierzył, że życie może pozostać niezmienione dla tych wszystkich innych ludzi, którzy byli świadkami masakry. A potem przeraził się jeszcze bardziej na myśl, że być może sam nie jest nikim więcej jak tylko ohydnym podglądaczem. Nie obawiał się o swoje życie, a zatem dla niego masakra była czymś zewnętrznym, nie dotyczyła go, obserwował ją przez obojętne okulary świadomości, że jest bezpieczny.
Gorąco polecam.
Na nocnej szafce
Audiobook
Aleksandra Marinina
czyta: Roch Siemianowski
Wyzwania Literackie
Blogi Wyzwaniowe (aktualnie 3)
O mnie:
Zajrzyj
Archiwum
Moja lista blogów
-
Izabela Koba, Rita, kłopoty i ja.12 godzin temu
-
Aleksandra Sylwar: Gdybym miała miotacz płomieni13 godzin temu
-
"Stefcia i Antoni" - Joanna Adamek13 godzin temu
-
Kraków22 godziny temu
-
„Kowboje" Patrycja Mnich1 dzień temu
-
-
-
#rozmoWyliczanki: Tommy Wieringa1 tydzień temu
-
-
[Gra planszowa] Biddle, czyli rzucamy kostkami!4 tygodnie temu
-
-
-
-
Trzy filmy sensacyjne z Richardem Armitagem11 miesięcy temu
-
-
-
Pożegnanie1 rok temu
-
-
Islandia. Ludzie2 lata temu
-
Pożegnanie?4 lata temu
-
Anonse4 lata temu
-
-
Stephen Baxter - Proxima, Ultima6 lat temu
-
-
-
Londyn przez wieki7 lat temu
-
Kobieta w literaturze LXVI7 lat temu
-
Nowy adres7 lat temu
-
Nowy adres7 lat temu
-
PRZEPROWADZKA7 lat temu
-
Przeprowadzka7 lat temu
-
Przeprowadzka7 lat temu
-
-
Kim jest ślimak Sam ?7 lat temu
-
-
koniec blogowania tu i nowy adres7 lat temu
-
„Żmijowisko” - Wojciech Chmielarz8 lat temu
-
-
-
Zapraszam pod nowy adres.8 lat temu
-
Nawyki, Karl Ove Knausgård8 lat temu
-
-
Wojna, miłość i rak8 lat temu
-
-
-
Uwaga - zmiana adresu bloga!9 lat temu
-
Wielkie zmiany9 lat temu
-
-
LEONARD COHEN 1934 - 20169 lat temu
-
Rachel Abbott "Obce dziecko".10 lat temu
-
Ransom Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"10 lat temu
-
Dekada10 lat temu
-
Przemija postać złotego ludka10 lat temu
-
NIBY-POWROTY10 lat temu
-
-
-
-
-
Przypomnienie :)11 lat temu
-
Jak ja dawno tego nie robiłam….11 lat temu
-
Mariusz Czubaj - "Piąty beatles"11 lat temu
-
Wesołych!11 lat temu
-
Tylko Ciebie chcę - film11 lat temu
-
-
-
-
-
Winna!12 lat temu
-
Kłamstwo na kłamstwie13 lat temu
-
-
„Bodily Harm” – Margaret Atwood13 lat temu
-
Kanapki i Czarnomroki13 lat temu
-
-
Cześć i dzięki za ryby13 lat temu
-
Archipelag odsłona numer 9 !13 lat temu
-
-
Carlos Ruiz Zafón "Światła września"14 lat temu
-
No to ładnie15 lat temu
-
Dziwne losy Jane Eyre - Charlotte Brontë15 lat temu
-
Pięć na pięć:) Gry rodzinne...15 lat temu
-
Sentyment15 lat temu
-
ZMIANA ADRESU – PRZEPROWADZKA15 lat temu
-
Przeprowadzka16 lat temu
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-











